26 kwietnia 2010

We require more Vespene gas! (Wrażenia z bety Starcraft II)

Nie wiem jakim cudem udało mi się zostać wylosowanym do bety Starcrafta 2. Jako wierny klient i fan produktów Blizzard już dawno miałem konto na nowym battle.necie i z niecierpliwością wypatrywałem kolejnych informacji na temat najnowszej odsłony najlepszego RTSa w historii. Pomimo antycznego komputera postanowiłem spróbować szczęścia  i się opłaciło. Dostałem zaproszenie do otwartych beta testów i pogrywam od czasu do czasu. Niestety nie tak często jak bym chciał bo korzystam z uprzejmości siostry i jej laptopa, ale lepsze to niż nic. Kampanie w których będzie się można mierzyć z misjami zaprojektowanymi przez autorów i komputerowym przeciwnikiem pojawią się w trzech kolejnych sprzedawanych osobno grach. Każda będzie zawierać misje dla innej rasy. Z tym, że wystarczy pierwsza część do gry wszystkimi rasami w trybie multiplayer. W tym roku pojawi się SC2: Wings of Libery (kampania Terran), a potem kolejno wydawnictwa z kampaniami Protossów i Zergów. Jak zapowiadają autorzy każda gra ma dodawać nowe jednostki i umiejętności dla trybu dla wielu graczy, a dodatkowo w kampanii dla jednego gracza będzie można też korzystać z wielu innych jednostek, które nie będą dostępne podczas potyczek z żywymi przeciwnikami. Kampania oczywiście nie jest dostępna w wersji beta. Można tylko mierzyć się z innymi entuzjastami Starcrafta przez battle.net.
Opis warto zacząć od samego battle.netu, który zmienił się nie do poznania. Gracz dostaje do dyspozycji nowy fajny interfejs, który wspomaga integrację i komunikację między fanami nie tylko Starcrafta, ale także innych gier Blizzarda. W pełnej wersji będzie można podpiąć swoje konto pod FaceBooka i rozszerzać swoje przyjaźnie poza świat wirtualny. Jako, ze gram sam (So lonely;( nie dane mi było się zapoznać z większością tych udogodnień, ale z tego co widziałem w filmach i prezentacjach zapowiada się obiecująco. Do tego dodano osiągnięcia znane z konsol, avatary i inne bajery, które gracz może sobie wywalczyć spełniając odpowiednie wymagania. Minusem jest fakt, że nie zaplanowano opcji walki przy użyciu sieci lokalnej. Gra cały czas ma się łączyć z battle.netem. Z jednej strony fajnie bo zrobi się z tego ciekawy portal społecznościowy dla fanów Blizzarda. Z drugiej LAN Party u kumpla z wolna chatą to niestety przeszłość, chociaż gracze na pewno znajdą możliwość ominięcia tej przeszkody to pewien niesmak pozostaje.

Przejdźmy do samej gry. Oś fabularną stanowi konflikt miedzy trzema rasami: ludźmi (Terranie), Protossami i rojem Zergów. Fabuła pierwszej części była bardzo wciągająca i "dwójka" ma ją kontynuować. Wracają starzy znajomi: Kerrigan, Jim Raynor, Zeratul. Już znamy kilka nowych postaci (Tychus Finlay). Lecz to nie świetna opowieść zapewniła grze tak ogromny sukces. Pierwszy Starcraft był (i jest) świetną grą dla wielu graczy. Każda rasa ma swój odmienny klimat i wymaga innego stylu gry, strategii i pomimo tego są dla siebie równorzędnymi przeciwnikami. Oczywiście nie tak było od razu. Jak każdy produkt SC był stopniowo patchowany, co doprowadziło do prawie idealnego balansu i usunęło większość taktyk, które nie zależałyby od umiejętności i wiedzy gracza, a od błędów czy za małej/zbyt wielkiej sile danych jednostek. Przez 12 lat od powstania gry scena rozrosła się ogromnie. Zresztą ciężko mówić o scenie jeśli w Korei Płd. działa regularna (i najlepsza na świecie) liga Starcrafta, na całym świecie rozgrywane są mniej lub bardziej profesjonalne turnieje, a najlepsi gracze zarabiają na nich setki tysięcy dolarów rocznie. Profesjonalny Starcraft był zresztą tym co przyciągnęło mnie do tej gry z powrotem. Przy okazji szukania informacji o kontynuacji znalazłem kilka filmików przedstawiających profesjonalne mecze z komentarzem (jak w "prawdziwym" sporcie). Gracze wyprawiali w nich rzeczy i stosowali taktyki, których w życiu bym się spodziewał (ani nie wymyślił), więc i mnie naszła ochota na zdmuchnięcie kurzu z płytek z grą.

Druga część zachowała podstawowe cechy pierwszej odsłony. Jest to dalej gra szybka, agresywna, wymagająca trzeźwego myślenia i błyskawicznego podejmowania decyzji. Mamy te same trzy rasy i filozofia w kierowaniu nimi pozostaje niezmieniona. Zergowie to dalej rasa bardzo szybka. Jednostki i budynki są mało wytrzymałe, ale nadrabiają liczebnością i zdolnością regeneracji. Oddziały mogą się również chować pod ziemią, a teraz niektóre nawet poruszać zakopane. Protossi są wolniejsi, ale za to mają potężne tarcze energetyczne, które sprawiają, że jednostki są bardziej wytrzymałe. Jednostki są potężniejsze, ale za to więcej kosztują i strata każdej boli dużo bardziej. Dodatkowo tarcze regenerują się bardzo szybko. Terranie są gdzieś pośrodku jeśli chodzi o liczebność, ale za to mają świetną obronę, jako mogą naprawiać jednostki mechaniczne i budynki. Maja też najwięcej jednostek "uniwersalnych", które sprawdzają się w wielu sytuacjach i są bardzo mobilni, dzięki zdolności unoszenia swoich budynków w powietrze.

Jeśli chodzi o jednostki to potkamy wielu starych znajomych z "jedynki". Powracają Marines, Zerglingi czy Lotniskowce Protossów, ale niestety wiele świetnych jednostek wróci tylko w misjach dla jednego gracza. W multiplayerze ich miejsca zajęły nowe. Czy lepsze? Tego jeszcze nie wiem, ale pod względem designu czy zastosowania raczej wpisują się nieźle w swoje rasy. Wiele jednostek (starych i nowych) ma nowe umiejętności zarówno aktywnych jak psionic storm czy huner seeker missile czyniące spustoszenie wśród jednostek biologicznych i pasywnych działających bez udziału gracza takich jak granaty niszczące budynki (Reaper) czy jednoczesne rażenie wielu jednostek (Mutalisk, Thor strzelający do jedn. latających). Dzięki nowym jednostkom, zdolnościom i budynkom praktycznie niemożliwa jest w 100% skuteczna obrona. Są jednostki potrafiące pokonywać nierówności terenu (Colossus, Reaper). Ciężej o detekcje niewidzialnych jednostek: Dark Templarów, Banshee, Ghostów czy zakopanych Zergów. Ci zresztą mogą niepostrzeżenie wskoczyć na tył bazy dzięki nowemu lepszemu Nydus Worm. Podobnie Protossi, którzy dzięki nowym technologiom mogą przyzywać jednostki dzięki sprytnie postawionemu Pylonowi lub nowemu statkowi transportowemu. Jednostki często są bezużyteczne w starciu z jednym typem przeciwnika (np. nie mogą strzelać do jednostek latających) ale za to rozwalają inne w puch bez problemu. Stąd jeszcze większa rola zwiadu i sprawdzania co przeciwnik knuje, żeby móc przygotować odpowiednią kontrę. Nowe zdolności oznaczają też kolejne nowe strategie, które już się pojawiają pomimo tego, że gra stosunkowo niewielka liczba ludzi od jakiegoś miesiąca. Strach się bać co będzie gdy zabiorą się za to profesjonaliści. Taktyki wynikające ze złego balansu powoli są eliminowane dzięki kolejnym patchom. Czasem wystarczy wydłużyć czas budowy, zmienić koszt budynku czy jednostki i już sposób na wygranie 99% gier przy niewielkich umiejętnościach jest dużo mniej skuteczny. Pierwsza część na osiągniecie obecnego balansu potrzebowała kilku lat, więc i tutaj będzie trzeba poczekać aż SC2 na stałe zagości w rozgrywkach.
Wspomniana przeze mnie profesjonalizacja jest z jednej strony zaletą, a z drugiej największym przekleństwem tej gry. Może pamiętacie z dzieciństwa takie momenty gdy przychodziliście sobie pokopać piłkę na boisku. Czasem wpadali chłopcy grający w okręgówce i kopali wam tyłki 15:1 tak, że odechciewało się grać. Tak wyglądało moje pierwsze zetknięcie z betą Starcrafta 2. Po dłuższej przerwie od jakichkolwiek gier (nie licząc Spelunky) wpadam na battle.net i skończyło się bilansem 2-17 po pierwszych kilkunastu rozgrywkach. Z których większość rozegrałem Terranami, których dobrze znam z jedynki i których podstawowe taktyki kojarzę. Nawet nie chodzi o to, że przegrałem, ale jeśli ktoś wpada mi do jedynej bazy po 10 minutach ogromną armią z którą nie mam jak walczyć, a którą przeciwnik mógł zbudować bo zapomniałem o zwiadzie czy nękaniu jego zbieraczy minerałów i gazu co osłabia jego gospodarkę i zdolności produkcyjne. Na filmikach profesjonalistów i w ogóle lepszych graczy to wszystko wygląda trywialnie proste, ale w praktyce jednoczesne zarządzanie kilkoma bazami, walka i nękanie tyłów przeciwnika, zwiad, ciągły rozwój i produkcja jednostek oraz dostosowywanie się do posunięć wroga nie jest takie proste. Początkujący gracz może się poczuć przytłoczony ilością rzeczy o których musi pamiętać i które musi robić jednocześnie.Co w połączeniu z brakiem równowagi pomiędzy rasami może doprowadzić do furii i frustracji, a taka gra już nie jest rozrywką. Zawsze można oczywiście grać z przyjaciółmi, spróbować Free-for-all gdzie często można pobawić się dłużej, spróbować swoich sił przeciwko sztucznej inteligencji (niestety tylko na poziomie very easy) i tam wypróbować jednostki itp. Blizzard próbuje również sprawić, że SC2 będzie zabawą zarówno dla graczy profesjonalnych jak i zwykłych ludzi dzieląc battle.net na ligi, które w zależności od koloru skupiają graczy o zbliżonym poziomie umiejętności, ale na razie to tylko beta. Nie wszystko jest dopracowane, więc dalej można trafić na killerów w swoich pierwszych rozgrywkach.

W patchu 9 poza tradycyjnymi zmianami cech jednostek i budynków udostępniono edytor map, który ma praktycznie nieskończone możliwości. Zmiana cech, wyglądu jednostek, łączenie ich. Poniższy filmik z zeszłorocznego Blizzcon pokazuje co można za jego pomocą stworzyć:

Jeszcze nie można publikować nowych map na battle.necie, a edytor dostępny jest od zaledwie kilku dni, ale moderzy już działają. Widziałem coś w stylu DoTA z Warcrafta 3, Mario Karts, a możliwości wydają mi się praktycznie nieograniczone. Strzelanka w stylu Alien Breed? RPG? TPP? To wszystko spokojnie można wygenerować, nie wspominając o masie tradycyjnych misji, map dla wielu graczy czy kampanii. Na razie wszystko raczkuje i koncentruje się bardziej na zabawie, ale jak tylko co bardziej zaawansowani twórcy map i modów do pierwszej części dostaną go w swoje ręce można się spodziewać spektakularnych efektów.

Pomimo wspomnianych wcześniej wad w rodzaju braku balansu wydaje mi się, że szykuje się kolejny hit. Balans jest do uzyskania kolejnymi patchami. Podobnie wszelkie inne usprawnienia. W momencie premiery nie powinno być większych zgrzytów. Może poza faktem, że będzie się wykosztować 3 razy jeśli chce się poznać całą fabułę. Podstawowa wersja ma w USA kosztować $60, a kolekcjonerska (wg mnie dodatki bardzo fajne) - 100$. Miejmy nadzieje, że w Polsce trochę spuszczą z ceny. Ja w każdym razie mogę nie jeść, mogę nawet nie pić piwa (wiecie, lato, plaża, dziewczyny... zresztą już o tym wspominałem), pewnie kupie wszystkie. Tylko najpierw muszę sobie sprawić nowy komputer...

PS.
Jeśli macie ochotę pooglądać mecze z komentarzem polecam 2 kanały na youtube:
http://www.youtube.com/user/HDstarcraft
http://www.youtube.com/user/HuskyStarcraft
Chłopaki naprawdę wiedzą co robią, znają się na grze, są zabawni i bardzo lubię oglądać filmiki komentowane przez obu. W momencie gdy kończę tego posta zajmują się pierwszą rundą zorganizowanego przez siebie turnieju HDH Invitational gdzie można obserwować 16 bardzo dobrych graczy z Europy, USA i Australii.

8 kwietnia 2010

Eisner Awards 2010

Ogłoszono nominacje do tegorocznych nagród Eisnera. Pełna lista nominacji na EMPL. Miałem się szerzej rozpisać na temat nominacji tam, ale tematyka strony trochę mnie ogranicza. Tutaj ten problem nie istnieje.

Jak już wspomniałem bardzo cieszą nominacje dla tak wielu mang. Trochę szkoda, że połowa znajduje się w jednej kategorii (Najlepsze amerykańskie wydanie zagranicznego materiału - Azja)gdzie dojdzie do bratobójczej walki pomiędzy wieloma świetnymi komiksami i gdzie naprawdę trudno wskazać zwycięzcę. Oto nominowani:
  • "The Color Trilogy", Kim Dong Haw (First Second),
  • "A Distant Neighborhood" Vols. 1-2, by Jiro Taniguchi (Fanfare/Ponent Mon),
  • "A Drifting Life", Yoshihiro Tatsumi (Drawn & Quarterly),
  • "Oishinbo a la Carte", written by Tetsu Kariya and illustrated by Akira Hanasaki (VIZ Media),
  • "Pluto: Urasawa X Tezuka", Naoki Urasawa and Takashi Nagasaki (VIZ Media),
  • "Naoki Urasawa’s 20th Century Boys", Naoki Urasawa (VIZ Media).
Nie dane mi się było zapoznać z manwhą Kim Donga Hawa, ani "Oishinbo", więc nie mogę o nich wiele powiedzieć. Może poza tym, że "Oishinbo" to bardzo popularna manga o jedzeniu. Magdalena Tomaszewska-Bolałek pisze o niej trochę szerzej w Kulturze Liberalnej. "A Distant Neighbourhood" właśnie ukazało się u nas dzięki wydawnictwu Hanami w jednym tomie pt. "Odległa Dzielnica". Moim skromnym zdaniem jest to najlepsza manga wydana przez Hanami i jedna z lepszych wydanych w Polsce w ogóle. Na razie będziecie mi musieli uwierzyć na słowo. Szerzej o niej napiszę w recenzji, która powinna się tu pojawić w przeciągu kilku dni. O "A Drifting Life" pisałem na Evil Mandze jakiś trylion razy. To wielka (dosłownie! - ma ponad 800 stron) autobiografia autora, który był jednym z pionierów mangi dla dorosłych. Nie jest to pozycja dla wszystkich, ale każdy którego zainteresowania wykraczają poza samo czytanie mangi , a zmierzają w kierunku komiksu jako medium czy dziedziny sztuki powinien się nią zainteresować. Mnie wciągnęła niesamowicie. Naoki Urasawa, którego dwie pozycje są nominowane w tej kategorii (a w całym plebiscycie ma aż 5 nominacji) jest wg mnie najlepszym tworzącym obecnie mangaką. W "Pluto" opowiada na nowo historię pt "Najlepszy robot na ziemi", której autorem jest Osamu Tezuka i która jest krótkim epizodem w "Astro Boyu". Urasawa potrafił z tej dość prostej opowiastki o bardzo złym robocie zabijającym inne roboty zrobić wielowątkowy komiks zarówno trzymający w napięciu jak i chwytający za serce. "20th Century Boys" opowiada o grupce przyjaciół. Śledzi ich losy od dzieciństwa, aż po starość, a tłem opowieści jest rozpowszechnianie się tajemniczego kultu "Przyjaciela", który zdaje się dość poważnie czerpać z dziecięcych zabaw bohaterów. Najbliższe skojarzenie z polskiego rynku to "Death Note" "na sterydach", ale bardziej realistyczny i pozbawiony akcji w stylu "wiedziałem, że wiesz, że tak zrobię wiec tak zrobiłem, ale jednocześnie zrobiłem jeszcze inaczej, czego na pewno nie przewidziałeś, a nawet jeśli to przewidziałeś i próbowałeś zapobiec to zrobię tak i wtedy wygram". Urasawa zresztą specjalizuje się w wielowątkowych opowieściach otoczonych aurą tajemnicy (poza nominowanymi warto się zapoznać z wcześniejszym "Monsterem"). Chociaż wszystkie pozycje z tej kategorii zasługują na uwagę to jednak "Pluto" albo "20th Century Boys" mają wg mnie odrobinę większe szanse na zwycięstwo.

Większość pozostałych nominacji mangowych została zgarnięta przez "A Drifting Life", "Odległą dzielnicę" i Urasawę. "20th Century Boys" w kategorii "Najlepsza trwająca seria" ma bardzo silnych przeciwników: "Żywe Trupy" ( wydanie PL - Taurus Media), bardzo chwalone "Irredemable" z Boom Studios czy świetne "Baśnie" (Egmont). "Pluto" w Best Limited Series/Story Arc pewnie przegra z "The Blackest Night", które wg mnie jest dużo lepsze niż tegoroczne eventy Marvela i samo w sobie jest świetną lekturą. Chociaż może to wynikać z tego, że czytam głównie Marvela, więc mogę cierpieć na przesyt przygodami Spider-mana czy X-men. Chociaż kto wie co jury siedzi w głowie. Wszystko okaże się na Comiconie w San Diego w lipcu gdzie ogłoszeni zostaną zwycięzcy.

Z niemangowych publikacji będę na pewno trzymał kciuki za "Beasts of Burden" Evana Dorkina i Jill Thompson. Czytałem tylko jeden zeszyt, ale sam koncept zwierząt domowych rozprawiających się ze złymi mocami rozłożył mnie na łopatki. Czekam na wydanie zbiorcze. W kategorii 'teen' jestem rozdarty bo z jednej strony jest "Beasts of burden", a z drugiej wzruszające "I kill giants" Joe Kelly'ego i Kena Nimury o nastolatce zmagającej się z "olbrzymami", zarówno prawdziwymi jak i wyimaginowanymi. W kategorii komedia na pewno "Scott Pilgrim", który już niedługo ukaże się w Polsce dzięki Kulturze Gniewu i który doczekał się filmowej adaptacji (trailer). Każdy miłośnik realistycznego rysunku i klasycznego komiksu przygodowego (gdzie mężczyźni są męscy, kobiety piękne, a wrogowie mają monokle i wąsik) powinien się również zainteresować zbiorczym wydaniem "Rocketeer" Dave'a Stevensa. Zazwyczaj jestem przeciwny kolorowaniem czegoś co świetnie wygląda w czerni i bieli, ale w tym przypadku kolory Laury Martin są mistrzowskie (stąd zapewnie nominacja dla najlepszej kolorystki... duh). Mistrzowskie jest również wydanie w twardej oprawie ze slipcasem i ogromem dodatków. Egmoncie patrz i ucz się. Ostatnim nominowanym wydawnictwem na które chciałbym zwrócić waszą uwagę jest książka "Art of Osamu Tezuka". Tezuka może nie był jakoś nadzwyczajnie utalentowanym rysownikiem, więc graficznych fajerwerków nie ma w tej książce zbyt wiele, ale jest ona świetnym przeglądem przez twórczość mistrza od wczesnych prac kierowanych głównie do dzieci, poprzez animacje aż po jego dojrzalsze pozycje. Poza sporą dozą ilustracji w albumie znajduje się również dużo informacji na temat życia i twórczości. Kolejnym świetnym dodatkiem jest DVD z dokumentem o Tezuce. Dla kogoś zainteresowanego historią i rozwojem komiksu w Japonii kolejny "must-have". Przez nominacje przewija się też kilka pozycji bardzo chwalonych na krajowych i zagranicznych blogach: "Asterios Polyp", "Monsters", "Stiches", "Book of Genesis", "Opowieści Hrabstwa Essex" (wydanie PL - Timof). Zresztą w większości wypadków nominacje nie są przypadkowe. Myślę, że pozostaje tylko je przejrzeć, rozeznać się co was najbardziej interesuję, a potem złapać za kartę kredytową i kupić wszystko. Że potem braknie na jedzenie... Jedzenie jest przereklamowane. Poza tym lato zbliża się coraz bardziej. Trzeba złapać formę, żeby móc pokazać się w bikini na plaży.

W tekście sporo linków do przykładowych plansz itp. żeby każdy mógł sobie obejrzeć i zobaczyć więcej niż mogą dostarczyć moje lakoniczne opisy. Gdyby ten blog był bogatszy w recenzje to moglibyście sobie poczytać o tych komiksach tutaj. Zanim liczba recenzji wzrośnie pozostaje mi linkować innych.

5 kwietnia 2010

Nadchodzi najlepszy film wszech czasów!

Może jeszcze o tym nie słyszeliście, ale nadciąga produkcja którą przewidzieli starożytni Majowie i która wg ich przepowiedni oznacza koniec świata. Ze względu na niedokładność przyrządów pomiarowych w starożytności ich mędrcy pomylili się o jakieś dwa lata. Koniec świata nie nastąpi w grudniu 2012 tylko w sierpniu 2010. Wtedy do kin wchodzi "The Expendables" - nowy film Sylwestra Stallone. Poza Sly'em wystąpią w nim Jet Li, Jason Statham, Dolph Lundgren, Mickey Rourke, Bruce Willis i gościnnie Arnold Schwarzenegger. Na skutek spotkania takiej dozy zajebistości wszechświat najprawdopodobniej imploduje. Najprawdopodobniej. Dzięki Bogu w filmie zabrakło Stevena Seagala, Jean Claude'a van Damme'a, Kurta Russela i Lorenzo Lamasa. Wtedy na 100% mielibyśmy przesrane. Poniżej trailer. Ostrzegam! Po '300' kobiety wychodziły z kina z brodami. W przypadku "The Expendables" stężenie testosteronu może być jeszcze większe. Już trailer może powodować takie objawy.



Wierzcie lub nie, ale sądzę, że ten film zmieni oblicze światowej kinematografii. Nawet jeśli nie, wystarczy zebrać kilku mężczyzn w wieku 20-30 lat wychowanych na przygodach w/w aktorów, dać im odrobinę alkoholu i bilety do kina. Efekt gwarantowany. Testy na ludziach przeprowadzono przy okazji premiery czwartej odsłony przygód Johna Rambo. Rezultaty były bardzo obiecujące. Ja w każdym razie trzymam moją koszulkę z Rambo w pogotowiu.

Jeszcze jedno. Nakładem Dynamite Entertainment pojawi się czteroczęściowa mini seria komiksowa "The Expendables". Pierwszy numer już jest dostępny. Autorem scenariusza jest Chuck Dixon, a za rysunki odpowiada Esteve Polls. Strona wydawcy.

14 marca 2010

Zeszytówko wróc, ale różowe okulary zostaw w szafie.

Niedawno w sieci pojawiła się szeroko zakrojona akcja (facebook, twitter, blog, artykuły w serwisach komiksowych) fanów komiksów wydawanych w zeszytach. Koledzy (koleżanki?) z rozrzewnieniem wspominają stare dobre czasy gdy jako dziecko mogli kupić komiks w każdym kiosku. Czy nie było wspaniale gdy TM-Semic 20 lat temu (a trochę później Dobry Komiks) co miesiąc wydawał przygody naszych ulubionych bohaterów? Też je miło wspominam. Z widzenia znał mnie każdy kioskarz na osiedlu. Też chciałbym móc wzorem mieszkańców cywilizowanego świata wracając z zakupów kupić sobie w kiosku komiks z przygodami Batmana, Spider-mana i innych. Niestety, powrót do tamtego modelu wydawniczego jest bardzo trudny o ile nie nieosiągalny. Sama akcja jest fajnym pomysłem, ale nie ma wielkich szans powodzenia. Częściowo ze względu na zupełne oderwanie od rzeczywistości niektórych jej pomysłodawców. Nic dobrego też nie wyniknie z wytykania palcami tych wg miłośników zeszytów są odpowiedzialni za taką postać rzeczy. Organizatorzy takimi zagrywkami wystawiają się jedynie na pośmiewisko. Bo wbrew temu co się niektórym wydaje nie ma żadnego tajnego spisku wydawców, grupy Kawangardowej, Masonów, Cyklistów ani żadnej innej grupy interesów. 

Żadnego wydawcy komiksowego w Polsce najzwyczajniej nie stać na tak ogromną inwestycję jaką jest wydawanie serii w zeszytach. Wydanie albumu będącego zamkniętą całością lub częścią krótkiej serii jest bardziej opłacalne, mniej ryzykowne i szybciej się zwróci. Koszty wejścia na rynek z taką inwestycją są dużo niższe. Może to zrobić jedna osoba z odrobiną oszczędności i tak to często wyglądało w przeszłości. Jakby coś nie wypaliło to wydawca zostaje co najwyżej z dużą ilością podpałki i nadzieją, że za jakieś 5 lat cały, zazwyczaj niewielki) nakład zejdzie i inwestycja się zwróci. Nikt nie będzie miał do niego żalu i nie będzie wieszał na wydawcy psów w internecie za niedokończone serie. Tymczasem, żeby wydawać serię w zeszytach wypadałoby mieć na koncie kilkaset tysięcy złotych. 

"No co ty Dembol, kilkaset tysięcy złotych na wydanie takiej śmiesznej małej broszurki?! Do reszty Ci odbiło? Ty de(m)bilu, lol!"

Zastanówmy się nad specyfiką wydania w zeszycie. Taki komiks musi być łatwo dostępny. Najlepiej w prawie każdym kiosku. To wymusza duży nakład. Wydaje mi się, że przynajmniej 10 tysięcy. Druk kosztuje. Poza tym komiks musi wychodzić w równych odstępach czasu, bez opóźnień. Fan komiksu na album poczeka i 5 lat jak będzie trzeba. Przeciętny Nowak czy Kowalska zajmie się czymś innym i nawet jeśli komiks wreszcie wyjdzie to wielu go już nie kupi. Żeby utrzymać terminowość potrzeba pieniędzy nie na jeden zeszyt tylko na całą ich serię. 10-12 numerów... może mniej. Wszystko po to by na początku uniezależnić się od dynamiki sprzedaży pierwszych numerów, które miałyby finansować następne. Może się zdarzyć przecież, że dystrybutorzy nie przeleją należnej kasy przez kilka miesięcy lub lud nie rzuci się na komiksy nawet gdy będą tanie i dostępne. Właśnie! Wypadałoby komuś sprzedać te komiksy. Najlepiej wszystkim. Tylko, że z tym może być problem. Nie oszukujmy się, nie ma czegoś takiego jak "pokolenie TM-Semic". Nawet jeśli ktoś kupował 15 lat temu komiksy nie oznacza, że kupi je dzisiaj. W mojej klasie w podstawówce nie było chłopaka, który nie miałby chociaż kilku numerów. Dzisiaj komiksy czyta może trzech. Tylko dla jednego jest to czołowe z zainteresowań. Tylko jeden za nie płaci. Młode pokolenie ma jeszcze mniej poszanowania dla praw autorskich i nie jest przyzwyczajone do płacenia za dobra kultury. Po co płacić za komiks skoro można go (lub film, płytę, grę) ściągnąć, a za piątaka kupić browar. Do tego dochodzi przekonanie, że komiks jest dla dzieci. Dorosły nie kupi bo jest dorosły, a ostatnie czego pragnie przeciętny nastolatek to być uważany za dziecinnego. W Polsce nie ma tradycji w czytelnictwa komiksu. Jest kilka evergreenów, a cała reszta to głównie zabawa dla wąskiej garstki fanów. Dzięki filmom, które od kilku lat wypluwa Hollywood, superbohaterowie teoretycznie mają większą szansę zaistnienia niż nawet najlepszy i najbardziej popularny komiks z innego gatunku. Tak na marginesie dziwi mnie zupełne zignorowanie tego faktu przez wydawców. Jakiś przyzwoity pojedynczy TPB np. o Iron Manie za niezbyt wygórowaną kasę (w nakładzie/cenie zbliżonej do tego co oferowało Manzoku) przy okazji premiery filmu powinien spokojnie zejść i zarobić kilka złotych. Oczywiście mogę się mylić, nie mam wszystkich danych. Kolejnym problemem z wydawaniem zeszytów to sama ich zawartość. Króluje dekompresja fabuły. Mało jest zeszytów, będących odrębnymi opowieściami. Zamiast wydawać kasę przez pół roku na sześć zeszytów (30-60 zł) z jedną opowieścią potencjalny klient może woleć książkę, film, czasopismo albo TPB. Za 10 zł, które jest maksymalną ceną jaka wydaje mi się sensowna jeśli chodzi o zeszyty, można kupić Machinę, Men's Health, Wprost, Angorę lub inne pismo, które oferuje dużo więcej zawartości niż komiks za tę samą cenę. Uniwersa Marvela i DC są bardzo zagmatwane, pogrążone w crossoverach i ogromnych eventach. Historie opierają się w dużej mierze na dawnych zaszłościach, których przez 60 lat nagromadziło się co niemiara i z którymi Polacy nie mieli styczności. Czytanie tego czego się nie rozumie jest antytezą rozrywki, której komiks ma przecież dostarczać. Żeby dotrzeć do przeciętnego Polaka, który nie jest obeznany z komiksami wypadałoby mu zaserwować coś co może łatwo przyswoić bez doczytywania zbyt długich streszczeń czy innych zeszytów. Znaleźć taką serię będącą jednocześnie rozpoznawalną marką jest coraz ciężej. Żeby dotrzeć do mas, a jest to konieczne jeśli chce się zarobić ze sprzedaży zeszytów trzeba być tez jak najbardziej przejrzystym i nie komplikować nadmiernie sytuacji. Wydawanie kilku serii o zbliżonych nazwach (New X-men i Ultimate X-men, Amazing Spider-man i Ultimate Spider-man) było wg mnie jedna z przyczyn porażki Dobrego Komiksu. Gdy pojawiły się pierwsze zeszyty od DK byłem odrobinę na bakier z komiksem amerykańskim i wprowadzało to lekki zamęt nawet pomimo tego, że co nieco wiedziałem o komiksach. Komiksów amerykańskich nie czytałem w owym okresie bo kupowałem mangę. Ach, manga. Te nie-komiksy z Japonii, czytane od tyłu. Kolejny poważny konkurent w drodze zeszytów do portfeli i serc czytelników. Za ok. 15 zł klient dostaje niecałe 200 stron komiksu. Niepowiązanego z dwudziestoma innymi seriami, o dużo szerszej rozpiętości tematycznej niż goście w lateksie tłukący się po mordach, które pomimo tego czego chciałyby feministki przemawiają głównie do samców. Tym sposobem przez tematykę komiksów z USA odpada praktycznie połowa rynku. Dołóżmy do tego Empikowych czytaczy, ogólną czepialskość fanów komiksu i pewnie kilka innych drobiazgów, które mi nie przyszły do głowy. Nagle brak zeszytów na rynku przestaje dziwić.

Fani zeszytów, przeczytajcie powyższy akapit 2-3 razy i zastanówcie się chwilę. Załóżmy że macie, powiedzmy, 300 tys. złotych. Nie takich, które spadły z nieba. Takich na które harowaliście jak wół albo które kiedyś komuś trzeba będzie oddać (z procentem). Pieniądze od wykorzystania których zależy to czy będziecie mieli co zjeść lub które moglibyście wydać na mieszkanie, jego remont, wypasione wakacje (przez następne 10 lat) lub cokolwiek co się wam zamarzy. (np. wydać kolejne albumy, które są mniej ryzykowną inwestycją). Czy wolelibyście je zainwestować w wydawanie zeszytowe, które jak pokazuje wcześniejszy akapit ma dość duże szanse na niepowodzenie czy w coś innego co zarobi na siebie szybciej i w miarę bezboleśnie? Wydawcy sobie już dawno odpowiedzieli i to nie ich wina, że prawie nie wydają zeszytów. Taki mamy rynek. Kto się nie przystosuje do warunków z niego zniknie. Zresztą nawet w USA pojawiają się głosy, że ten format to przeżytek i powinno się zmierzać bardziej w stronę magazynów czy antologii. Zbliżonych do niedawnego eksperymentu DC pt. Wednesday Comics, magazynów 2000AD albo Heavy Metal, komiksów Marvela wydawanych przez Panini w Wielkiej Brytanii i kilku innych krajach o mniejszych rynkach czy magazynów komiksowych z Japonii. W Polsce w podobnej formie Egmont w marcu startuje z Fantasy Magazynem. Jak pisałem na początku, chciałbym móc kupić komiks w każdym kiosku, ale staram się być realistą. Jeśli doczekamy się u nas regularnych publikacji rodem z Marvela i DC to wydaje mi się, że prędzej w takiej formie niż w zeszytach.

12 marca 2010

Newsy ze świata mango #1

evil.manga.pl chwilowo działa wolniej niż ślimak na żółwiu idącym w przeciwnym kierunku, więc newsy będą tutaj. Jakby ktoś nie wiedział to informuję, że EMPL zajmuje się głównie japońskim komiksem dla dorosłych i japońskim komiksem zdrowo popierdolonym.

FANTAGRAPHICS będzie wydawać mangi. Kilka dni temu Matt Thorn powiadomił świat o zakończeniu czteroletnich negocjacji z wydawnictwem Shogakukan. Owocem tego będą nowe mangi na rynku amerykańskim. Pierwsza pozycjapojawi się na rynku w październiku tego roku. Na pierwszy ogień pójdzie Drunken Dream, antologia prac Moto Hagio - pionierki shoujo (komiksu dla dziewcząt). Tomik będzie zawierał opowieści z lat 1971-2007 czyli dostajemy przegląd sporego okresu twórczości autorki.

W grudniu pojawi się pierwszy tom Wandering Son Shimury Takako dotykający tematyki transseksualizmu. Bohaterami jest dwójka przyjaciół z piątej klasy, którzy poza typowymi problemami związanymi z dorastaniem mają problemy z określeniem swej tożsamości. Schuichi jest chłopcem chcącym zostać dziewczynką, a Yoshino na odwrót.
Mnie osobiście oba tytuły średnio interesują, ale skoro Fantagraphics zdecydowało się je wydać nie powinny być słabe, a już na pewno nie będą sztampowe i nudne.
Tutaj oficjalny news od wydawnictwa.
Tutaj mniej, zawiera reakcje amerykańskich blogerów i serwisów mangowych (w większości pozytywne).
Jeszcze sporych rozmiarów wywiad z Moto Hagio przeprowadzony przez Matta Thorna.

Najnowszy tom One Piece wydrukowano w nakładzie 3 milionów egzemplarzy. To największy nakład pierwszej edycji komiksu w Japonii. Poprzedni rekord - 2,85 mln należał do poprzedniego tomu One Piece. W pierwszym tygodniu sprzedaży sprzedano niecałe 1,7 miliona egzemplarzy przygód Luffy'ego i jego wesołej, pirackiej załogi. Reszta rankingu najlepiej sprzedających się mang zeszłego tygodnia na ANN. Cieszy dobra sprzedaż JJBA: Steel Bal Run (miejsce 6) i 11 czternastego tomu MPD Psycho znakomitego horroru, który w USA wydaje Darkhorse. Ultimo Stana Lee dopiero na miejscu 23. z "marnymi" 37 tysiącami sprzedanych egzemplarzy.


Nominacje do tegorocznych nagród Tezuki. Naprawdę chciałbym napisać więcej, ale nie znam żadnej z tych pozycji. Przypomnę tylko, że w zeszłym roku wygrało kilka naprawdę dobrych komiksów. 3/4 nagrodzonych jest/będzie do kupienia w USA.
  • Grand Prix: Fumi Yoshinaga - Ōoku: The Inner Chambers - Wizja feudalnej Japonii w której większość mężczyzn wyginęła co doprowadziło do odwrócenia ról w społeczeństwie. Wyd. USA Viz.
  • Grand Prix: Yoshihiro Tatsumi - Gekiga Hyōryū (A Drifting Life) - epicka autobiograficzna opowieść Tatsumiego pokazujaca początki mangi dla dorosłych w Japonii. Wyd. USA - Drawn&Quarterly.
  • Krótka forma: Hikaru Nakamura - Saint Oniisan (Młodzi święci) - Młodzi Budda i Jezus wynajmują razem mieszkanie. Czy muszę pisać więcej? To niestety jedyna pozycja niedostępna po angielsku.
  • New Artist Prize : Suehiro Maruo - Panorama-tō Kitan (Strange Tale of the Panorama Island) - Komiks jednego z naszych ulubieńców. Jest to adaptacja powieści Edogawy Ranpo. Główny bohater to niespełniony pisarz s-f, któy odkrywa niesamowite podobieństwo do zmarłego dawnego kolegi z klasy,dziedzica bogatej rodziny. Pisarz pozoruje własną śmierć, podmienia zwłoki w grobie kolegi i daje się znaleźć na plaży pozorując utratę pamięci. To pozwala mu zająć miejsce "nieboszczyka" i wykorzystać jego pieniądze i władzę do budowy fantastycznej wyspy. Na jesieni zostanie wydane nakładem Last Gasp. Poniżej okładka.


Drugi tom Solanin już można kupić. Odległa dzielnica jeśli wierzyć sklepowi Gildii powinna być dostępna za półtora tygodnia. Wszystko od Hanami.


I tyle na dzisiaj. ROBOTI - fajne rosyjskie elektro jako bonus.

17 lutego 2010

Przegląd mang z SigIKKI.com

Rynek mangowy w USA jest coraz ciekawszy. Większość popularniejszych tytułów dla młodzieży doczekało lub wkrótce doczeka się publikacji po angielsku. Miłośnicy ciekawszych pozycji również nie mogą narzekać na brak komiksów dla siebie. Zeszły rok był wg mnie rewelacyjny. Bardzo krótkie podsumowanie tego na co warto zwrócić uwagę napisałem (czy raczej przepisałem) na EMPL. Oprócz mang wydanych na papierze bardzo interesującym pomysłem jest przedsięwzięcie Viz Media i japońskiego magazynu IKKI. Można się z nim zapoznać pod adresem sigIKKI.com. Projekt zakłada, że na wspomnianej stronie będą co jakiś czas publikowane kolejne odcinki kilku serii, które pierwotnie ukazały się we wspomnianym magazynie. Gdy w Internecie zbierze się cały tomik (kilka odcinków) manga będzie publikowana w formie papierowej. Nie jestem pewien czy do tyczy to wszystkich komiksów gdyż niektóre to zaledwie kilkustronicowe gagi na które zapotrzebowanie w papierowej wersji wydaje się być minimalne. Więcej o magazynie możecie się dowiedzieć na stronie sigIKKI.com oraz z mojego dawnego newsa z EMPL. Wspomniana w nim blokada regionalna już nie działa, więc nie trzeba bawić się w obchodzenie zabezpieczeń żeby poczytać. Oprócz komiksów na sigIKKI jest też sporo wywiadów z twórcami, redaktorami i innych bonusowych materiałów. Poniżej moje wrażenia po lekturze serii dostępnych na stronie.

Afterschool Charisma (Kumiko Suekane) - bohaterami są klony wielkich postaci historycznych - Mozarta, królowej Elżbiety I, Florence Nightingale, Napoleona, Freuda i wielu innych. Klony uczą się w specjalnej, prywatnej szkole aby w przyszłości osiągnąć jeszcze więcej niż ich "oryginały". Razem z nimi do szkoły uczęszcza Shiro, który nie jest klonem tylko dzieckiem jednego z nauczycieli. Z początku bałem się, że ciekawy pomysł zostanie zmarnowany na kolejną romantyczną komedię o życiu nastolatków. Wrażenie potęgowała kreska przywodząca na myśl raczej pozycja dla dziewcząt. Po kilku odcinkach okazuje się, że fabuła zmierza w mroczniejsze rejony bo nie wszystkim podoba się idea klonowania. Mnie się podoba.

Bob & his funky crew (Puncho Kondou)- humorystyczna manga o baseballu, o której na razie niewiele można powiedzieć bo dostępna jest jedynie pierwsza część. Głównym bohaterem jest Bob, doświadczony pałkarz, który nie biega, nie gra w polu i nie umie grać pod presją. Jego kumple to podobni mu nieudacznicy. Youngman jest znany głównie z wszczynania bójek. Jo z drobnych trików i przekrętów, a Jack jest miotaczem o gołębim sercu, który rzuca piłkę jedynie na dwa sposoby. Gdy do ich drużyny - L.A. Earthquakes, którym nie wiedzie się najlepiej zapukał trener cudotwórca, który sezon wcześniej doprowadził nieznaną drużynę do mistrzostwa menadżer nie zastanawiając się długo w ramach transakcji wiązanej oddaje ich drużynie zeszłorocznego mistrza - Bulldog City Bullies. Czy razem z nią uda się bohaterom powtórzyć zeszłoroczny sukces?

Bokurano: ours (Mohiro Kitou) - Piętnastka dzieci w trakcie wakacyjnych zabaw znajduje jaskinę, a głęboko w niej tajemniczego jegomościa o imieniu Kokopelli, który proponuje im udział w grze. Gra polega na kontrolowaniu wielkiego robota, który ma strzec Ziemi przed najeźdźcami. Dość szybko okazuje się, że gra jest dość rzeczywista, a przy jej okazji autor przedstawia nam sporo przemyśleń na temat życia, ludzkiej natury czy patologii i problemów trapiących japońskie społeczeństwo. Mocna rzecz. Pierwszy tom z 11 już można kupić, wiec jeśli chcecie się zapoznać z nim on-line trzeba się pospieszyć gdyż po papierowej publikacji na stronie pozostaje tylko po jednym odcinku ze starszych tomów.

Children of the sea (Daisuke Igarashi) - główną bohaterką jest Ruka, dziewczynka ze względu na swój charakter nie do końca lubiana i akceptowana przez rówieśników. W pewnym momencie w jej życiu pojawia się tajemniczy chłopiec o imieniu Umi, który najwyraźniej ma coś wspólnego z morzem, zwierzętami w nim żyjacymi i różnymi dziwnymi wydarzeniami, które się w nim dzieją. Podobnie tajemniczy jest Sora i inne podobne im dzieci, które bohaterowie mangi spotykali w trakcie swojego życia. Wydano już dwa tomy, a krótka historia Daisuke Igarashi ukazała się w wydanej u nas antologii "Japonia". Kolejna seria warta poznania.

Dorohedoro (Hayashida Q) - na Dorohedoro wpadłem długo zanim strona wystartowała i ta seria od razu wpadła mi w oko. Bohaterem jest cierpiący na amnezję człowiek o głowie krokodyla zwany Kaimanem, który poszukuje magika, który tak go urządził. Wraz z Mikado, która go znalazła polują na magików w "Dziurze", która jest czymś w rodzaju slumsów tego wielowymiarowego świata. To naprawdę fajna mieszanka horroru, science-fiction i fantasy. Chyba moja ulubiona manga na stronie.

House of the five leaves (Natsume Ono) -Akitsu Masanosuke jest spokojnym i naiwnym roninem. Przez to nie może za bardzo znaleźć pracy jako ochroniarz, pomimo wysokich umiejętności. W desperacji przyjmuje pracę od charyzmatycznego Yaichiego, który okazuje się być szefem tytułowego Gangu Pięciu Liści. Roninowi niezbyt podoba się to czym zajmuje się grupa. Nieświadomie coraz bardziej zagłębia się w jej szeregi. Chociaż zupełnie nie podoba mi się styl rysowania Natsume Ono tutaj wydaje się pasować jak ulał. Dom Pięciu Liści jest według mnie dużo lepszą mangą niż opublikowane u nas Ristorante Paradiso tej autorki.

I am a turtle (Temari Tamura) - pasek komiksowy (w Japonii zwane również yonkoma) pisany z perspektywy żółwia. Narrator gdy był małym żółwiątkiem został przemycony do Japonii i prowadzi tam spokojny żywot w tradycyjnym japońskim domu. Jego Właścicielem jest młody człowiek, który odziedziczył plantację herbaty. Żółw jest uroczy i błyskotliwy. Opowiada o swoim codziennym życiu z humorem. Na papierze raczej kariery nie zrobi, ale w przerwie pomiędzy ciekawszymi publikacjami można poświecić kilka minut.

I'll give my all... tomorrow (Shunju Aono) - to jest manga o mnie. Nie mam wprawdzie 40 lat, córki (nie licząc takiej jednej w Warszawie; to długa historia...), nie mieszkam z nią i ojcem w Japonii ledwo wiążąc koniec z końcem dzięki jakiejś gównianej robocie, ale ze względu na charakter i problemy życiowe Shizuo jest bliski memu sercu. Bohater w pewnym momencie decyduje, że chciałby zostać autorem komiksów. Stara się podążać w tym kierunku, ale jego największym przeciwnikiem jest on sam i jego lenistwo. W kolejnych odcinkach obserwujemy jak zmaga się sam ze sobą oraz próbuje pogodzić swoje nowe marzenie z prozą codziennego życia. Nie wiem czy wam się spodoba, zwłaszcza, że kreska nie jest rewelacyjna, ale ja już zamówiłem pierwszy tom w przedsprzedaży.

Kingyo used books (Seimu Yoshizaki) - tematem tej mangi są komiksy. Komiksy, które najróżniejsi ludzie kupują w antykwariacie "Złota Rybka". Dla jednych są wspomnieniem z dzieciństwa, dla innych inspiracją, a jeszcze inni znajdują w nich sens życia. Różne postaci przewijają się przez tą serię i wszystkich łączy sympatia do komiksu. Czasami przesadna, a czasami na chwilę zapomniana. Napełnia pozytywną energią i po lekturze mam ochotę złapać za kolejny komiks i czytać, czytać, czytać...

not simple (Natsume Ono) - na pewno nie jest prosto załapać o co w tym komiksie chodzi. Trzymajcie się mocno. Mamy Iana, chłopaka, który wyrusza w daleką podróż wiodącą z Australii przez Wielką Brytanię po USA aby spotkać się z siostrą, która może być jego matką. Po drodze wpada na kobietę, która mu pomaga i z którą umawia się na powtórne spotkanie za trzy lata. Ian stawia się i spotyka inną Irene, która pomaga mu w podobny sposób i okazuje się być spokrewniona z dziewczyna sprzed lat. Irene ma odrobinę nadopiekuńczego ojca, który chyba jest gangsterem i chłopcy, którzy się z nią próbują spotkać nie mają łatwego życia. Obrazu całości dopełnia przyjaciel Iana. Jim jest pisarzem i opisuje historię kolegi. To nie wszystko co autorka spakowała na 40 stronach pierwszego odcinka. Skomplikowane to wszystko. Jeśli zacznie się rozjaśniać w kolejnych odcinkach, całość może być interesująca.

Saturn Apartments (Hisae Iwaoka) - Ziemia została rezerwatem, a cała ludzkość zamieszkuje w tytułowej strukturze, która niczym pierścienie Saturna oplata Ziemię na wysokości 35 tysięcy metrów. Apartamenty dzielą się na trzy strefy zamieszkiwane według stanu posiadania. Mitsu to porządny chłopak wywodzący się z biedoty. Mieszka na jednym z niższych poziomów i jest czyścicielem okien. To bardzo niebezpieczna praca o czym bohater wie aż nazbyt dobrze. Jego ojciec zginął w trakcie jej wykonywania. Pomimo tego Mitsu postanowił zająć się tym samym. Podczas gdy chłopak wprawia sie w zawodzie nam dane jest obserwować życie mieszkańców tego ogromnego kompleksu. Bardzo sympatyczna  manga, chociaż wydaje się mieć też swoje mroczne strony. Również ląduje na liście zakupów.

Tokyo flow chart (Eiji Miruno) -Widziałem już różne dziwne patenty jeśli chodzi o formę komiksów i ten również zdecydowanie nie należy do konwencjonalnych rozwiązań. TFC to krótkie komiksy w formie schematów blokowych. Każdy pasek można czytać kilkukrotnie w zależności od wybranej ścieżki. Większość z nich prowadzi do zabawnego finału, inne służą przekazaniu dodatkowych informacji na temat bohaterów czy sytuacji, a jeszcze inne przedstawiają sytuację w zupełnie innym świetle.Wydaje mi się, że spodobałoby się Scottowi Mcloudowi, który lubi takie eksperymenty. Mnie taka forma średnio przypadła do gustu, a i same żarty nie zawsze mnie śmieszą.

What's the answer? (Tondabayashi) - Kolejna seria humorystyczna. Każdy odcinek zaczyna się od pytania na które autor odpowiada na kolejnych stronach. Zazwyczaj odpowiedzi jest kilka i każda jest bardziej zakręcona od poprzedniej. Nie jest to może stopień pokręcenia jak u Shintaro Kago, który nawet najprostszy koncept potrafi doprowadzić do wyjątkowo groteskowego finału, ale wydaje się mieć potencjał. Na razie dostępny jest jeden krótki odcinek. Zobaczymy co będzie dalej.

Chociaż za wcześnie żeby mówić o sukcesie czy porażce przedsięwzięcia bo dopiero kilka tytułów doczekało się wersji papierowej, wydaje mi się, że to krok w dobrą stronę. Projekt nadąża za postępem technicznym i jednocześnie rzuca wyzwanie nielegalnym amatorskim tłumaczeniom dostępnym w sieci. Trzymam kciuki za powodzenie i sam dołożę swoją cegiełkę kupując kilka tomików (na pewno Dorohedoro, Saturn Apartments, I'll do my best... tomorrow).

13 lutego 2010

Spotkanie z Sebastienem Christosome

Miałem przyjemność uczestniczyć dzisiaj w uroczystości ogłoszenia tegorocznego zwycięzcy nagrody festiwalu Angouleme w kategorii polski wybór połączone ze spotkaniem z autorem zwycięskiego komiksu z zeszłego roku - Sebastienem Christosome. Jak co roku młodzieży z dwujęzycznych liceów z całej Polski przedstawiono kilka propozycji i po burzliwych obradach jury wybrało komiks pt. "Billy Brouillard" autorstwa Guillame Bianco. Udało mi się przejrzeć pobieżnie oczekując na autograf od Christosome'a i wyglądał bardzo ciekawie. Zawierał sporo makabry i czarnego humoru. Mam nadzieje, że pojawi się prędzej czy później na naszym rynku, chociaż z tego co widziałem i słyszałem przygotowanie go od strony edytorskiej może być sporym wyzwaniem. Pozostałe nominowane komiksy to: "Manioka" (Nkodem), "Le reveil du Zelphire" (Karim Friha), "L'homme bonsai" (Fred Bernard) i "Tea Party" (Nancy Peña). Przeglądając je okiem człowieka nie znającego zupełnie języka wyglądały na równie interesujące. Szczegolnie Człowiek-bonsai (ale to pewnie ze względu na moje wschodnie zboczenie).



Po ogłoszeniu wyników głosowania jury odbyła się druga część uroczystości, spotkanie z Sebastienem Christosome poprowadzone przez Adama Gawędę. W trakcie rozmowy można było się dowiedzieć trochę o autorze, jego obecnych zajęciach i przyszłych planach. Mówiono też sporo o festiwalu w Angouleme, gdzie Chrisostome mieszka od 7 lat. Nie brakło też ogólnych rozważań o rynku komiksowym we Francji (i Europie). Nasi twórcy narzekają, że nie ma się za bardzo gdzie wydać (a jeśli już to za marne pieniądze), a francuscy, że ich dziełom ciężko zaistnieć w zalewie wydawanych albumów. Nie można dogodzić każdemu, ale z dwojga złego wolałbym chyba klęskę urodzaju. Obecnie autor pracuje nad dwoma nowymi komiksami oraz współpracuje z Lewisem Trondheimem nad animacją na podstawie komiksu, którego tytułu niestety nie zapamiętałem (a wnioskując z tego co zauważyłem jeśli chodzi o francuski pewnie tytuł pisze się zupełnie inaczej) Całość przebiegała raczej sprawnie i z humorem. Publika tez raczej dopisała jak na nasze skromne warunki. Nie wiem jak innym, ale mnie się podobało. Po spotkaniu autor podpisywał komiksy zgromadzonym. Ja się załapałem na rysunek wkurzonego niedźwiedzia (jest w galerii).



Samo "Pod prąd" jest bardzo fajne. Opowiada o przygodach trójki łososi, które decydują się popłynąć w górę rzeki (jak to łososie). Pierwotnie cel jest dość przyziemny i są nim dziewczyny, które jak mówi Josi, najbardziej doświadczony z bohaterów, czekają w górze rzeki z rozłożonymi płetwami.W trakcie podróży bohaterowie przeżywają różne zarówno zabawne jak i mrożące krew w żyłach przygody, które pomogą im odnaleźć swoje miejsce w świecie. Polskie wydanie (wyd. Post) solidne, choć trochę drogie (59,90 zł).

Zdjęcia (nie są rewelacyjne) są pod tym linkiem.

12 grudnia 2009

Dr Dom

Powinni zabronić kręcenia takich seriali jak "House MD". - Dlaczego? - zapytał jeden z wyimaginowanych kolegów siedzących obok mnie.Wystarczy obejrzeć jeden odcinek. Ludzie przychodzą do szpitala z przeziębieniem albo bólem brzucha i okazuje się, że mają jakąś straszliwą (potencjalnie śmiertelną, niezmiernie rzadką, nieznaną i prawie niewykrywalną) chorobę, której nazwę ciężko wymówić. Najgorzej jest jak człowiek zaczyna oglądać będąc chorym i zaczyna podświadomie porównywać objawy do poszczególnych pacjentów do swoich. Nagle okazuje się, że mamy połowę z nich, a po przeszukaniu wikipedii okazuje się, że mamy ebolę, tyfus plamisty, rzeżączkę, raka i tasiemca. Następnie idziemy do lekarza przekazać mu tę fascynującą nowinę. Co po części sprawia, że praca lekarza nie jest naprawdę taka pasjonująca jak mogłoby się wydawać po kilku seansach z "ER" czy "Dr Housem". Pewnie za jakieś 5 lat będziemy mieli przynajmniej kilku młodych lekarzy, którzy myśleli, że idąc na medycynę będą się uczyć fajnych rzeczy i wykorzystywać je do rozwiązywania ciekawych przypadków, a w przerwie obiadowej ruchać się z Drem Rossem. Tymczasem większość i tak skończy na robieniu kolonoskopii starym ludziom, której nie chciało się zrobić starszym kolegom i koleżankom (bo robili je samemu będąc na początku swojej kariery). Jak w każdym zawodzie, student/stażysta dostaje najbardziej gównianą (hy hy hy) robotę. Chyba, że mamy specjalne względy u szefa, ale to chyba zależy od prywatnych spotkań z Dr. Rossem (pewnie w wersji starszej i mniej przystojnej niż George Clooney) w trakcie długich i nudnych nocnych dyżurów. Może jednak telewizja nie kłamie tak do końca...

Może też się zdarzyć, że po obejrzeniu kilku odcinków serialu część widzów pomyśli, że bycie cynicznym dupkiem z ego porównywalnym do wielkości penisów aktorów grających w filmach nie dla dzieci nagle sprawi, że będą fajnym, szanowanym super lepem na kobiety. Tylko jest jeden drobiazg. House'owi uchodzi to wszystko na sucho bo jest inteligenty. Inteligentny i logicznie myślący co zapewne skutkuje pewnością siebie. Poza tym ludzie tak naprawdę inteligentni (nie mylić z ludźmi tylko uważającymi się za intelektualistów) zazwyczaj maja rację. Statystyki mówią, że bardzo inteligentne jest jakieś 10% osób, podobna jest ilość debili, a zdecydowana większość to przeciętniaki, więc można z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że kolega/koleżanka zainspirowany/a zachowaniem Gregory'ego House'a nie należy do czołówki. Możliwe, że ja piszący ten tekst w tonie pełnym arogancji i przekonaniu o własnej racji i wyższości też nie należę do ludzi inteligentnych. W sobotę pisałem test Mensy, więc za dwa miesiące jak dostanę wyniki się przekonam(y).

Jakikolwiek będzie rezultat mojego testu, sens pisania tego wstępu, który nie przekazał ani grama informacji o serialu oraz czy obraz środowiska medycznego kreowany przez seriale jest prawdziwy nie ma żadnego wpływu na to, że "House'a" warto obejrzeć. To świetny serial detektywistyczny ze "skrzywieniem" medycznym. Problemem nie jest to kto zabił tylko co zabija danego pacjenta. Metody jakimi posługują się lekarze by do tego dojść zazwyczaj są zbliżone do tradycyjnych metod detektywistycznych (rozmowy z pacjentami, poszukiwanie poszlak mogących wskazać co zatruwa pacjenta). Co zresztą nie powinno dziwić bo sama postać House'a jest wzorowana na Sherlocku Holmesie, który z kolei wzorowany był na lekarzu Artura Conana Doyle'a - specjaliście w dziedzinie diagnostyki. Watsonem House'a jest Dr Wilson - onkolog i jedyny prawdziwy przyjaciel gł. bohatera. House ma też swoich Moriartych.(choć to porównanie może być odrobinę przesadzone). Najczęściej jest to szefowa szpitala, Dr Cuddy, ale często jest to ktoś z zewnątrz kto zazwyczaj przeciwstawia intelektowi House'a władzę lub pieniądze. Nie mówiąc już o starciach z członkami własnego zespołu, które dla kontrowersyjnego doktora są niemalże codziennością.

Oczywiście temat bardzo łatwo można było położyć i uczynić go niezmiernie nudnym. Bo o ile inteligentni ludzie są rzadcy to lekarze, który zrozumieją cały żargon stosowany w serialu jeszcze rzadsi. Na szczęście ekspozycja jest przeprowadzana na tyle sprawnie, że nawet laik nie powinien się pogubić, a lekarze będą mieli po prostu większą frajdę. Zwykły widz może nie wiedzieć o jakiej chorobie rozmawiają w danym momencie lekarze, ale to nie jest ważne. Ważne są związki przyczynowo-skutkowe między objawami i chorobą, jej cechy itp., a te zazwyczaj są wyłożone dość dokładnie w wielu burzach mózgów przeprowadzanych przez House'a i jego współpracowników: dra Chase'a (drań z twarzą niewiniątka), dra Foremana (czarna wersja House'a, która nie postradała jeszcze zmysłów), dr Cameron (jedyna kobieta w ekipie - jak House sam stwierdził zatrudniona bo oprócz bycia specjalistą jest fajną laską - ja się z tym stanowiskiem zgadzam).

Przypadki pomimo tego, że ciekawe zarówno z medycznego punktu widzenia jak, i ze względu na to, że mówią nam wiele o ludzkiej naturze mniej więcej od połowy pierwszego sezonu schodzą na drugi plan i zamiast bycia tematem stają się motorem napędowym dla szerszej fabuły. Przypadek z danego odcinka zazwyczaj jest związany w jakiś sposób z przeszłymi lub obecnymi wydarzeniami z życia głównych bohaterów, którzy pomimo tego, że opisałem ich w poprzednim akapicie zaledwie jednym zdaniem nie są jednowymiarowi. Wraz z rozwojem fabuły postacie zmieniają się i ewoluują, a relacje między nimi są bardzo pasjonującym widowiskiem. Głównie z powodu trudnego charakteru tytułowego bohatera, który pomiata własną ekipą, jest w nieustannym konflikcie z przełożoną i prawnikami, którzy mają bardzo dużo pracy przez jego niekonwencjonalne metody. Jednak cała niechęć, którą powinien prowokować House jest bardziej na zasadzie "kto się lubi ten się czubi". House czubi się z całym światem i dlatego jego relacje z nim dla widza są dość interesującym spektaklem. Poza tym mamy romanse, przekręty, zdrady, kłamstwa i inne atrakcje. Scenarzyści nie oszczędzają nikogo i czasami może dziwić, że w kolejnym odcinku bohaterowie spotykają się jakby nigdy nic i dyskutują o kolejnym przypadku. Może to profesjonalizm, a może po prostu będąc w ciągłym stanie wojny z Housem już nie zwracają na takie "drobiazgi" uwagi? "House'a" cenię też za sporą dozę humoru najczęściej czarnego lub na pograniczu chamstwa, który pojawia się najczęściej gdy House zostaje zesłany przez szefową do przychodni aby zmagać się z niezbyt interesującymi go przypadkami przeziębień i innych powszechnych przypadłości, których diagnoza nie jest dla niego żadnym wyzwaniem. Poza tym pomimo wielokrotnie podkreślanej niechęci jaką House czuje do większości otoczenia (i vice versa) jego docinki i utyskiwania też zazwyczaj są zabawne oraz co najważniejsze pozbawione agresji i nienawiści. To wg mnie sprawia, że ludzie z nim wytrzymują, a nawet go lubią pomimo jego prostolinijności, bezkompromisowości i momentami bezczelności. Oczywiście wszystko  ma swoje granice. Zachowanie House'a przestaje być zabawne w momencie gdy zaczyna mu brakować środków przeciwbólowych, których potrzebuje (?) ze względu na dawną kontuzję uda i od których jest uzależniony.

Mnie szczególnie nie przeszkadzało gdy pochłaniałem po kilka odcinków dziennie, ale dla większości ludzi minusem może być schematyczność odcinków. Ktoś choruje, House i ekipa próbuje go wyleczyć stosując różne metody i często im to wychodzi, w tle rozwija się fabuła i życiorysy bohaterów, a na końcu można usłyszeć jakiś kawałek, którego tekst nawiązuje w jakiś sposób do treści odcinka. Dlatego żeby uniknąć znużenia formułą serialu najlepiej oglądać go w mniejszych dawkach. Dzięki drugiemu programowi telewizji polskiej co czwartek możemy obejrzeć kolejny odcinek. Obecnie emitowany jest sezon trzeci, ale dwa poprzednie można dostać bez problemu na DVD w cenie ok.100 zł za ponad dwadzieścia 45-minutowych odcinków, które starczają na długi czas gdy nie jest się akurat chorym i siedzi w domu jak autor tego tekstu. Niedługo święta, wiec polecam zasugerować rodzinie lub znajomym co chcecie znaleźć pod choinką (lub samemu kupić bliskiej osobie i z nią obejrzeć) bo "Doktor House" to kawał świetnej rozrywki.

PS. Tekst dotyczy pierwszych dwóch sezonów.

8 grudnia 2009

Jak i gdzie robić zakupy w internecie - część 1.

Jest wtorek, jestem chory, i mi nudzi się okropnie. W ciągu ostatnich dwóch lat często robiłem (i dalej robię) zakupy w internetowych sklepach komiksowych i księgarniach, więc postanowiłem zrobić małe kompendium wiedzy na ten temat.

CO TRZEBA/WARTO MIEĆ KUPUJĄC W INTERNECIE.

Podstawową rzeczą jest konto w banku, koniecznie z dostępem przez internet. Znacznie ułatwia płacenie za zakupione towary, wszystko możesz zrobić nie ruszając się sprzed komputera, pieniądze zazwyczaj przelewane są natychmiast (w dni robocze) i obniżają się koszta zakupu (brak opłat pocztowych). Przy zakładaniu konta warto zwrócić uwagę na koszty jego prowadzenia, koszty przelewów i inne opłaty. Wysokie koszty mogą być uciążliwe, zwłaszcza gdy planujecie go używać tylko do okazjonalnych zakupów.
Kolejną przydatną rzeczą jest karta kredytowa, przedpłacona lub jakakolwiek inna, którą można wykorzystywać do transakcji internetowych. Zazwyczaj zwykła karta bankomatowa jest w tej sytuacji bezużyteczna, chociaż doszły mnie słuchy, że niektóre banki oferują wraz z kontem karty, które mogą być użyte do zakupów on-line.

Karta przedpłacona - karta ma swój własny rachunek, na który przelewasz tyle pieniędzy ile Ci aktualnie potrzeba na daną transakcję. Jest to bardzo bezpieczne bo nie można na niej robić debetu i nawet jeżeli jakimś cudem ktoś ukradnie dane Twojej karty na nic mu się nie przydadzą (najwyżej można stracić to co było na nią przelane). Można ją dostać bez potrzeby udowadniania dochodów (o ile dany bank wydaje takie karty). Zazwyczaj kosztuje ok. 10-20 zł za rok użytkowania.

Karta kredytowa - zapewnia nieoprocentowany kredyt na 30 (lub więcej) dni. Możesz płacić kartą do pewnej kwoty określonej w umowie i najczęściej na koniec miesiąca trzeba spłacić to co się wydało (albo jakąś minimalną kwotę - zależnie od umowy). Przy większych limitach jest to odrobinę niebezpieczne bo nawet nie zauważa się odpływu pieniędzy. Często zdarza się przeszarżować, nie zdając sobie sprawy ile już się wydało w danym okresie rozliczeniowym, a nie spłacony dług obarczony jest dość wysokimi odsetkami. Obecnie karty kredytowe obarczone są coraz mniejszymi obostrzeniami i można dostać taką z kilkusetzłotowym limitem, pokazując legitymację studencką. Koszt utrzymania karty to również ok. 25 zł rocznie (zakładając, że nie bierzemy platynowych:), ale większość banków nagradza częste korzystanie z karty likwidacją opłat.

Konto PayPal - ok. 3 lata temu międzynarodowy system płatniczy Paypal wszedł na polski rynek. Jeżeli planujecie robić zakupy na e-bayu (takie międzynarodowe allegro) posiadanie tego konta jest wręcz niezbędne bo za jego pomocą wykonuje się tam większość płatności, a wielu sprzedawców przyjmuje płatności jedynie przy jego użyciu. Konto jest darmowe (prowizja jest pobierana gdy na konto wpływają pieniądze, co raczej się nie zdarzy zakładając że będziemy tylko kupować) , można je założyć na www.paypal.pl. Do jego założenia niezbędne jest posiadanie jednej z w/w kart do której podpinamy konto i ze środków tejże karty system będzie przelewał pieniądze na konta innych użytkowników. Ostatnio pojawiła się też możliwość podpięcia konta paypal pod zwykłe konto bankowe. Z konta Paypal można również coraz częściej korzystać przy zakupach w sklepach internetowych.

Korzystałem też międzynarodowego przelewu pocztowego. Kosztuje ok. 15 zł, pieniądze docierają do adresata po kilku dniach, można go wysyłać tylko z niektórych placówek pocztowych w kraju i tylko do niektórych krajów. Z doświadczeń mogę powiedzieć, że nawet w największych placówkach w dużych miastach panie urzędniczki będą miały problemy z jego wysłaniem. Zwłaszcza przy wysyłce do Japonii. W tym przypadku płacimy oczywiście w złotówkach, ale kwota musi być przeliczona na funty brytyjskie. Przez pocztę wg ich kursu-kwotę na blankiecie wpisuje kasjerka, zazwyczaj wychodzi wynik zbliżony do tego z bardzo przydatnego kalkulatora na waluty.onet.pl (bardzo przydatna strona do przeliczeń z innych walut). Do innych krajów jest podobnie tylko przeliczają na inne waluty. W epoce Paypala, kart i kont już nie zdarza mi się z tego korzystać.

Niektore polskie sklepy oferują również płatność przy odbiorze (lub pocztową przesyłkę za pobraniem), ale nie będę się nad tym rozwodził bo chyba każdy korzystający z poczty się z taką formą zetknął. Jedyna ważniejsza informacja to że kosztuje to zazwyczaj koło 10-15 zł (chyba, że odbieramy w sklepie osobiście) i jest zdecydowanie najdroższą formą przesyłki krajowej. Mimo to warto z niej skorzystać przy co bardziej kosztownych zakupach od sprzedawców co do których uczciwości nie jesteście do końca przekonani. Szczególnie na serwisach aukcjynych.


I to by było na tyle tytułem wstępu. W kolejnych odcinkach zajmę się opisaniem moich przygód z poszczególnymi sklepami internetowymi z podziałem ze względu na kraj w jakim sklep ma siedzibę (cz2.  - Polska, cz.3 - Europa/USA, cz.4. - Japonia)

4 grudnia 2009

I live... again.

Ten blog powstał jakieś półtorej do dwóch lat temu. I umarł. Miał powrócić pierwszego stycznia 2009 i powrócił. Bez wpisów, a i logo, nazwa i koncepcja zmieniały się jak tylko wchodziłem nań, żeby coś napisać. W dniu 31 grudnia br. Miało być ich przynajmniej 52 - po jednym na tydzień. Ten cel miał wszelkie cechy dobrze określonego celu był konkretny, osiągalny i jeszcze jakiś. Jednak brakło chęci i motywacji. Jak zawsze. Jakieś 2 tygodnie temu Gosia obiecała mi przez GG seks jeśli zacznę wreszcie pisać. Motywacja od razu się znalazła, layout doprowadził się do stanu używalności, wyklarował się koncept. Szkoda tylko, ze Gosia to wyimaginowana postać wymyślona przez mojego kolegę i że wywęszyłem spisek  w momencie gdy się do mnie odezwał(a?) na GG. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Przynajmniej blog ruszył i miejmy nadzieje będzie się powoli rozpędzał.

Będę tu pisał o wszelkich interesujących mnie rzeczach, które zdarzy mi się przeczytać lub obejrzeć. Chłonę wytwory popkultury przez większość wolnego czasu, a w przerwach masę czasu marnuję na "pisanie" o nich (czyt.: trollowanie) na trylionie różnych for i odświeżanie każdego z nich co pięć minut, żeby sprawdzić czy ktoś nie napisał czegoś ciekawszego. Po dobrych kilku latach marnotrawstwa doszedłem do wniosku, że jest to wysoce bezproduktywne działanie. Poza tym fora=dyskusje. Po uczestnictwie w internetowych "dyskusjach" o polityce, ekonomii i drażliwych tematach światopoglądowych mam dość. Zresztą na początku blog miał się nazywać "Wieści z odbytu wszechświata" i traktować właśnie o tych tematach. Przez rok zmądrzałem i nie będę zmieniał poglądów ludzi w internecie bo to najzwyczajniej nie ma sensu. Moim piórem (czy klawiaturą) nie będę tutaj krzewił idei wolnego rynku, kapitalizmu, czy walczył z głupotą, biurokracją i socjalizmem. Przynajmniej na razie (bo oprócz bycia leniem często zmieniam zdanie)...

Będę pisał o tym co mnie pasjonuje, o tym co lubię i na czym przynajmniej trochę się znam. Miejmy nadzieję, że lepiej niż zna się 38 mln selekcjonerów reprezentacji w piłce nożnej mieszkających w naszym kraju. Spodziewajcie się tekstów o komiksach, filmach, serialach, animacjach i książkach. Najczęściej o komiksach pomimo filmowego tytułu bloga (tak, wiem Rocky powstał po RHPS, stąd gwiazdka). Niekoniecznie będą to rzeczy wysokich lotów. Wręcz przeciwnie. Często będą to rzeczy dziwne, kultowe (konia z rzędem temu kto wytłumaczy reszcie ludzkości co oznacza ten przymiotnik bo rzadko spotyka się poprawne jego wykorzystanie), niszowe, kiczowate, komercyjne (kolejne słowo nadużywane przez debili), a czasami zupełnie "normalne" czy nawet przeciętne, a czasami podobające się tylko mnie i garstce podobnych mi oszołomów.
Po każdej recenzji będzie jakaś krótka stopka z oceną/informacjami. Najlepszy wydaje mi się system pięciogwiazdkowy (bo przy 10 różnice miedzy 6, 7 i 8 czy 9,10 są zazwyczaj kosmetyczne):

* - syf
** - nie podoba mi się (wady > zalety)
*** - średniawka
**** - fajne (zalety > wady)
***** - pozwólcie, że głos zabierze kukiełka przedstawiająca małpę w stroju windziarza

Wkrótce zamiast "*" pojawi się pewnie jakaś fajna i krzykliwa grafika. Tylko muszę najpierw znaleźć coś takiego. Prosiłbym też o nie wykorzystywanie moich tekstów bez mojej zgody i wiedzy. Lepiej jest podlinkować tego bloga albo np. zapytać właściciela o zdanie zamiast być bucem.

Jeszcze 2 słowa o mnie. Dembol. Mieszkaniec Krakowa. Newsman na stronie o komiksie japońskim dla dorosłych evil.manga.pl. Recenzent tu i ówdzie. Głównie fan komiksu, ale starający się nie ograniczać w swoich zainteresowaniach.


Z boku są różne takie pierdółki jak: subskrypcja, link albo dwa i mój twitter, którego dalej uważam, za rzecz głupią, ale się wciągnąłem i lubię sprawdzać co rano czy Kevin Smith nie napisał co robił ze swoją żoną w nocy i na jakich dragach jest Warren Ellis. Nie mówiąc już o pisaniu o równie głupich rzeczach, których nikt nie czyta. Dlatego jeśli korzystacie z tego wynalazku Szatana możecie mnie śledzić. Info o notkach też się tam będzie przewijało. Ze względu na zmianę domeny itp. niektóre gadżety mogą chwilowo nie działać.

Iiiiii poszło. 1 down 51 to go (no dobra, 52,  wstęp się nie liczy). Może jeszcze zdążę z planem.