20 lutego 2011

Angouleme - Polski wybór - "relacja"

W tym roku wygrał komiks "Parenteza" (La Parenthese) autorstwa Elodie Durand. To autobiograficzna opowieść o zmaganiach autorki z chorobą. W tym roku tyle będzie musiało wystarczyć za moją relację. Nie ma w zasadzie co pisać więcej bo ani zeszłoroczny zwycięzca ("Billy Brouillard", którego oficjalnym tłumaczeniem jest "Mglisty Billy") nie został jeszcze wydany ani nie pojawił się jego autor (Guillame Bianco). Nie było autora i komiksu, ale była za to wystawa plansz z komiksów zwycięzców z lat ubiegłych. Marne pocieszenie. "Billy" wg zapewnień przedstawiciela wydawnictwa Post pojawi się w kwietniu. Będzie to pierwszy tom z trzech dotychczas wydanych we Francji. Wydawca przyciśnięty przez pytania od publiczności zapewnił, że postara się wydać całość, ale jak to z zapewnieniami naszych wydawców bywa traktowałbym to z rezerwą.

Pełniejsza (foto)relacja autorstwa Mefista na Gildii. Miałem zrobić podobną, ale wkurwiło mnie niezmiernie, że w sumie niepotrzebnie leciałem na złamanie karku chory i zmęczony po pracy do domu, a potem do Galerii Pauza tylko po to, żeby sobie posiedzieć godzinkę i posłuchać jak to fajnie jest wybierać komiksy. Po przemowach pana konsula, pana z Instytutu Francuskiego i pana z Postu capnąłem plakat i poleciałem do domu.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

W blogu mogą nastąpić spore zmiany w nadchodzących dniach/tygodniach (o ile ktoś go w ogóle czyta). Najprawdopodobniej na lepsze. Jest to głównie związane z powolnym zdychaniem evil.manga.pl (co pewnie by się nie działo gdyby serwer działał jak trzeba, a nie jak chce i ludzie bardziej technicznie uzdolnieni ode mnie, którzy nim zarządzają zajęliby się tym problemem, a nie zajmują się).

Jeśli uda mi się zwalczyć kaca i znaleźć kabel od aparatu, żeby zgrać zdjęcia to jeszcze tego wieczora powinna się pojawić relacja z mojego niedawnego, bardzo komiksowego pobytu we Francji. Jeśli nie, będzie jutro albo pojutrze.

18 lutego 2011

Liceum Żywych Trupów - Highschool of the Dead - recenzja/zapowiedź

Wydawnictwo Waneko właśnie ogłosiło, że wyda mangę "Highschool of the Dead". Pierwszy tom ma pojawić się na przełomie kwietnia i maja. Znalazłem moją bardzo starą recenzję. tego tytułu Została napisana 3 lata temu gdy seria miała 2,5 tomu i jeszcze nie doczekała się animowanej adaptacji z ogromnym budżetem przeznaczonym głównie na animacje cycków zmagających się z grawitacją w trakcie gdy bohaterki biegają. Dokonałem jedynie bardzo drobnego liftingu. Obecnie manga ma 6 tomów. Przejrzałem jeszcze raz pierwsze kilka rozdziałów i wydaje mi się, że mój opis może się okazać lekko krzywdzący bo w przeciwieństwie do animowanej adaptacji wątki majtkowe (nie licząc tomu drugiego) są raczej stonowane. W każdym razie wg mnie warto się z serią zapoznać.


Już sam tytuł powinien podsunąć potencjalnemu czytelnikowi sporo informacji o zawartości mangi autorstwa Daisuke i Shouji Sato (odpowiednio: scenarzysta i rysownik). Otóż, przed jedną z Tokijskich szkół średnich pojawia się tajemniczy nieznajomy, który nie mogąc przedostać się na terytorium gryzie jednego z nauczycieli zarażając go zarazą zmieniającą ludzi w potwory. Okazuje się, że zaraza rozprzestrzenia się niesamowicie szybko i wystarczy drobna rana zadana przez zombie aby do nich dołączyć, dlatego jak wkrótce dowiadujemy się cały świat zostaje zmuszonye stawić czoła nieumarłym. Sama manga koncentruje się głównie na grupce pięciu uczniów i pracowników szkoły (pielęgniarka i jeden z niezbyt lubianych nauczycieli). Dzięki wytrwałości i prymitywnym broniom znalezionym w szkole (kije bejsbolowe, boken) lub skonstruowanym przez jednego z bohaterów - Koutę Hirano*, który ma świra na punkcie militariów (m.in. przenośny karabin na gwoździe) udaje im się uciec w bezpieczniejsze miejsce. Oczywiście pierwszą rzeczą jaką może zrobić żeńska część grupy po zabarykadowaniu się w jednym z pobliskich domów jest gorąca kąpiel wspomagana znaczną ilością sake, która prowadzi do prawdziwego festiwalu ujęć rodem z taniego pornola. Fani tego typu przygód nie powinni być zawiedzeni. Pod względem ilości tego typu uciech nie jest to może "Aika" czy "Ikkitousen" (znane też jako "Battle Vixens"), ale na brak ujęć z ciekawych kątów (perspektywa żaby+krótkie spódniczki) i prezentacji wdzięków bohaterek nie można narzekać. Niecałe trzy tomy, które czytałem koncentrują się głównie na panienkach i rozwałce zombie, które przeszkadzają głównym bohaterom w rozbieraniu się. Okazjonalnie pomiędzy seks i przemoc udaje się wcisnąć odrobinę rozterek moralnych bohaterów i przemyśleń na temat zachowania ludzi po "inwazji" zombie. Nie kolidują one jednak z czystą, odmóżdżającą rozrywką jaką oferuje nam ta pozycja. Jeżeli chcecie poczytać dobry komiks o zombie, który koncentruje się głównie na reakcji ocalałych na chaos, relacji pomiędzy nimi i próbach odnalezienia się w obliczu kryzysu polecam świetne "Walking Dead" ("Żywe Trupy"**) Roberta Kirkmana, oparte na bardzo podobnych założeniach co manga. Jeśli szukacie niezbyt wymagającej lektury (i lubicie tego typu pozycje trochę śmierdzące kiczem i kinem klasy B), polecam High School of the Dead.

*który z imienia i wyglądu przypomina pewnego popularnego mangakę.
** 12 tomów zostało wydane na polskim rynku przez wydawnictwo Taurus (13 już wkrótce)

Kilka przykładowych stron:






4 listopada 2010

Spotkanie z Marjane Satrapi

Wczoraj (3.11.2010) wieczorem w ramach trwającego właśnie Festiwalu im. Josepha Conrada odbyło się spotkanie z Marjane Satrapi - autorką takich komiksów jak "Persepolis" (na podstawie którego nakręcono również film animowany), "Wyszywanki" czy "Kurczak ze Śliwkami". Wszelkie pozycje można było kupić przed spotkaniem dzięki przedstawicielom wydawnictwa Post, którzy pomogli również w ściągnięciu autorki na festiwal pomimo natłoku obowiązków związanych z produkcją filmu aktorskiego na podstawie "Kurczaka ze Śliwkami". Sala w Małopolskim Centrum Kultury wypełniona była po brzegi i udało mi się wywalczyć jedynie miejsce stojące w ciemnym kącie na końcu sali. Frekwencja mnie lekko zdziwiła gdyż jako fan komiksu non-stop słyszę mantrę, że komiksów nikt nie czyta poza grupką zapaleńców, a tu taka niespodzianka.


Prowadzący zaczął dość tradycyjnie od pytania o inspiracje i powód dla którego Satrapi zdecydowała się przedstawić swoją historię w tym, a nie innym medium. Jako jedną z głównych inspiracji wymieniono Arta Spiegelmana (autor komiksu "Maus"). Jeśli chodzi o wybór medium to nie miała z tym problemu bo bardzo lubi pisać i rysować, więc komiks był dla niej niejako naturalnym wyborem. Ponadto, co kilkukrotnie było powtórzone w trakcie spotkania, rysunek (komiks) jest medium bardzo uniwersalnym i zrozumiałym w każdym kręgu kulturowym. Większość ludzi zanim nauczyła się przecież pisać rysowała. Tak było jeśli brać pod uwagę historię kronikarstwa, gdzie starożytni też zaczynali od ideogramów i rysunków jak i życie poszczególnych ludzi, którzy jako dzieci też głównie rysują, a dopiero później zaczynają pisać. Przy okazji autorka stwierdziła, że właśnie dlatego komiks często jest przez ludzi uważany za coś dla dzieci i "opóźnionych w rozwoju" dorosłych. Dzieci przecież rysują praktycznie cały czas do pewnego wieku, a potem nagle większość przestaje bo ktoś im wmawia, że powinny rysować tylko najbardziej uzdolnione w tym kierunku. Stąd większość ludzi kojarzy rysunek i komiks z czymś dziecięcym. Rysunek jest też według niej czymś dużo bardziej subiektywnym niż na przykład fotografia. 

Uniwersalizm rysunku pomógł również w przekazaniu poczucia humoru Marjane, które z kolei wspomaga rozbijanie stereotypów o Iranie i jego mieszkańcach. My, ludzie Zachodu, mamy bardzo mocno zakorzenione pewne stereotypy o Bliskim Wschodzie, które podsycają i utrwalają obrazy w mediach, a przecież wszędzie poza fundamentalistami istnieją także normalni ludzie. O czym Polacy pamiętający jeszcze komunizm powinni zresztą doskonale wiedzieć. Ekstremiści, jak obliczyła Satrapi, stanowią wszędzie ok. 15% społeczeństwa. Tak w Iranie, jak we Francji, gdzie obecnie mieszka autorka, czy w Polsce (co prowadzący skomentował, że u nas chyba trochę więcej, powodując ogólną wesołość na sali). Autorka krytykując opresyjne reżimy nie zapomina jednak o krytyce samej siebie, gdyż dopiero dostrzegając i rozumiejąc własne przywary można zrozumieć wady innych, podczas gdy fundamentalista swoich wad nie widzi, chociaż często nie jest ich pozbawiony. Uważa się za idealną osobę, obywatela i koncentruje się na sądach i krytyce innych bo chciałby, żeby wszyscy inni byli dokładnie tacy jak on. Wspomniano też o stereotypach dot. irańskich kobiet, które łamią "Wyszywanki" pokazując ich swobodne, codzienne rozmowy, które niewiele się różnią od rozmów kobiet w innych częściach świata (tutaj powtarzam zasłyszane opinie bo sam komiksu niestety nie czytałem). 

Po ponad godzinnej rozmowie nadszedł czas na pytania od publiczności. Pytano o reakcje na "Persepolis" w Iranie (wśród władzy jak i wśród zwykłych ludzi), ale tutaj autorka nie mogła za bardzo pomóc bo nie była w Iranie od kilkunastu lat. Wie jedynie, że komiks jest obecny na tamtejszym czarnym rynku (który obecnie tak jak za czasów młodości autorki był jedynym źródłem "dekadenckich, kapitalistycznych dóbr kultury z zachodu) i władza nie interesowała się nim dopóki jego adaptacji nie pokazano w Cannes. Dopiero wtedy wydało im się to czymś ważnym. Pytano również o babcię autorki, która jest ważną postacią w "Persepolis" jak i "Wyszywankach" (tutaj również opieram się na cudzych słowach). Satrapi mówi, że miała szczęście być wychowywaną przez tak ciekawą kobietę, która nie moralizowała, jak to większość starych ludzi miała w zwyczaju. Uważała bowiem, że moralizowanie nakłada głównie obowiązki, a nie daje, żadnych praw. Co zupełnie nie odpowiadało osobie jaką była jej babcia - wolnej indywidualistce, która zawsze mówi to co myśli. Wydaje mi się, że w Marjane widać odciśnięte piętno  babci, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej indywidualizm i niechęć do kolektywizmu i grup o którym wspomniała w trakcie rozmowy. Kolejny słuchacz pytał o to czy bardziej się czuje Iranką czy Francuzką. Na co Satrapi odpowiedziała, że traktuje kulturę jako jedność, jako łańcuch w którym wszystko się łączy ze sobą i nie ma czegoś takiego jak odrębne kultury. Iran przyrównała do swojej matki, a Francję do żony. Żonę po pierwsze można wybrać, a potem zdradzić czy się z nią rozwieść. Natomiast matki się nie wybiera i choćby była szalona to dalej jest matką i zrobi dla niej wszystko bo ją kocha. Podkreślając swój silny z wiązek z ojczyzną wspomniała, że pochodzi z konkretnego czasu i miejsca, które zawsze będą jej.


Ostatnie pytanie dotyczyło najbliższych planów i ekranizacji "Kurczaka ze śliwkami". Autorka przyznała, że praca nad filmem była długa i żmudna. Szczególnie na początku ciężko było o znalezienie funduszy. Obecnie trwa montaż materiału zrealizowanego całkowicie w studiu. Marjane wspomniała też, że najfajniejsze były efekty specjalne w całości tworzone tradycyjnymi metodami. Szczególnie spodobały się jej wybuchy bo jako dziecko była piromanką, a pan od efektów często pozwalał jej samej coś wysadzić. Tym wesołym akcentem zakończyło się to spotkanie. Zresztą nie była to jedyna zabawna sytuacja bo autorka często w odpowiedzi wplatała liczne zabawne anegdoty z życia co sprawiło, że ponad 1,5 godziny minęło jak z bicza strzelił. Po spotkaniu można było uzyskać autograf od autorki z czego i ja skorzystałem. Przy okazji było odrobinę śmiechu bo festiwal jest imienia Conrada, a tak samo mam na imię. Mam nadzieje, że zgodnie z zapowiedzią jednego z organizatorów festiwalu komiks będzie miał swoje przedstawicielstwo również na kolejnej edycji tej imprezy.

Zdjęcia (tradycyjnie paskudne, rozmazane i z końca sali).
Tę samą relację będzie można również przeczytać na comixgrrrlz.pl

PS. Tym samym blog znowu żyje. Autorzy komiksowi powinni częściej wpadać do Krakowa. W szkicach postów czai się kilka zombie, z którymi miejmy nadzieje wkrótce się uporam.

25 maja 2010

Drugi koncert Crystal Castles w czerwcu

Okazało się, że Crystal Castles zagra dwa koncerty w Polsce. Drugi odbędzie się w ramach Before Tauron Nowa Muzyka Festiwal w Katowicach w szybie Wilson na dzień przed koncertem warszawskim o którym pisałem niedawno czyli 23 czerwca.

Bilet kosztuje 70 zł, wiec odrobinę mniej niż w Warszawie. Do nabycia na ticketpro.pl (pewnie w Empikach i innych punktach sprzedaży też).

Jeszcze jeden fajny filmik na zachętę (z Amsterdamu). Na youtubie w odrobinę lepszej jakości i widescreen jeśli kogoś to interesuje (tutaj mi obcięło odrobinę). Fajny stroboskop. Nie polecam ludziom z podatnością na ataki epilepsji.

Mam tylko nadzieje, że lud nie rozproszy się po obu koncertach i że nie będzie tak jak na Ladytron w zeszłym roku (albo 2 lata temu) kiedy to w Krakowie było pustawo. Planuję pojechać na oba. Nie wiem za co, ale coś wykombinuję.

Strona imprezy na last.fm.
Myspace zespołu.
Bilety.

13 maja 2010

Kazet #60

Pojawił się nowy numer internetowego magazynu miłośników komiksu KZ. Można się z nim zapoznać tutaj.

12 maja 2010

Crystal Castles znowu w Polsce

Pewnie nie wiecie kim są Crystal Castles. Ja do zeszłego festiwalu Heineken Opener też nie wiedziałem. W ogóle na zeszłorocznego Openera pojechałem przypadkiem. Bez zaplanowanego noclegu. Bez większej chęci bo w porównaniu z poprzednimi latami line-up był, nie tyle słaby, co mało przekonujący. Nie zapowiedziano przyjazdu nikogo kogo koniecznie chciałbym zobaczyć. 2 dni przed festiwalem skrzyknąłem się z kumplami, kupiliśmy flaszkę i pojechaliśmy. Okazało się, że bawiłem się chyba najlepiej ze wszystkich moich pobytów w Gdyni. Pewnie dlatego, że nie było ciśnienia, żeby latać z jednej strony festiwalu na drugi, żeby dostać się na koncert ulubionego artysty i nie stać kilometr od sceny. Chodziłem na luzie popijając browar za browarem, głównie bawiąc się, a nie słuchając zespołów. Trzeciego dnia pokochałem bezgranicznie Faith No More i Mike'a Pattona, których przedtem uznawałem za zespół dwóch kawałków (Easy i Epic). Jakże się myliłem. Dzień wcześniej trafiłem właśnie na koncert Crystal Castles. Pomimo tego, ze od dłuższego czasu moje gusta dryfują w stronę elektroniki ich płyta jakimś cudem mi zupełnie umknęła.



Przyszedłem trochę za późno, żeby wepchać się blisko sceny, lecz biorąc pod uwagę to co się działo w trakcie występu nawet lepiej. Z początku dało się słyszeć jedynie trochę dziwnych dźwięków i było ciemno. Myślałem, że coś się zepsuło bo nawet gdy pojawiła się melodia, światła nie licząc błysków stroboskopu dalej nie działały. Tak było przez prawie cały pierwszy kawałek. Na scenie było ciemno przez większość koncertu (poza wspomnianymi stroboskopami i okazjonalnymi błyskami zwykłego oświetlenia). Ethan był praktycznie niewidoczny, schowany gdzieś za syntezatorami. Jedynie drobną postać Alice dało się dostrzec pląsającą gdzieś w rytm muzyki i wykrzykującą do mikrofonu teksty piosenek (i inne rzeczy - akurat wokal ciężko było zrozumieć). Wokalistka (nawalona jak stodoła) była bardzo żywiołowa, bawiła się z tłumem, wskakiwała weń kilkukrotnie i ogólnie budowała klimat totalnego odjazdu i szaleństwa. Odleciałem zupełnie. Moje zmysły zostały zgwałcone przy pomocy świetnego nagłośnienia i feerii świateł. Koncert mnie porwał na całe 40 minut (jego długość to był jedyny minus) i zwrócił tylko zbezczeszczone zwłoki. Niestety z tego co widziałem na mniejszej przestrzeni światła nie są tak fajne, ale wtedy nadrabia Alice. Jest jeszcze bardziej wybuchowa i to ona nakręca całą zabawę.



Miałem jechać do Amsterdamu na ich koncert (i nie tylko) w kwietniu br, ale przeszkodziła chmura pyłu i wykruszenie się ekipy. Dzięki Bogu zagrają w Warszawie 24 czerwca w klubie Proxima. Bilety już dzisiaj można kupić na ticketpro.pl W przedsprzedaży kosztują 85 zł (95 w dniu koncertu). Jutro bilety dostaną pewnie empiki itp. Można też kupić nową płytę. Na razie jest dostępna jedynie w formacie MP3. Na fizycznym nośniku pojawi się 7 czerwca o ile dobrze pamiętam (możliwe, że wcześniej bo premierę przyspieszono po tym jak płyta wyciekła do sieci). Bilet już kupiłem, płyta zamówiona. Pozostaje tylko czekać na koncert.



O samej muzyce nie będę pisał. Spójrzcie na filmiki, posłuchajcie kawałków i sami sobie wyróbcie zdanie. Mnie podoba się bardzo i z całych sił zachęcam do pojawienia się na koncercie.

Strona imprezy na last.fm.
Myspace zespołu
Bilety na koncert

26 kwietnia 2010

We require more Vespene gas! (Wrażenia z bety Starcraft II)

Nie wiem jakim cudem udało mi się zostać wylosowanym do bety Starcrafta 2. Jako wierny klient i fan produktów Blizzard już dawno miałem konto na nowym battle.necie i z niecierpliwością wypatrywałem kolejnych informacji na temat najnowszej odsłony najlepszego RTSa w historii. Pomimo antycznego komputera postanowiłem spróbować szczęścia  i się opłaciło. Dostałem zaproszenie do otwartych beta testów i pogrywam od czasu do czasu. Niestety nie tak często jak bym chciał bo korzystam z uprzejmości siostry i jej laptopa, ale lepsze to niż nic. Kampanie w których będzie się można mierzyć z misjami zaprojektowanymi przez autorów i komputerowym przeciwnikiem pojawią się w trzech kolejnych sprzedawanych osobno grach. Każda będzie zawierać misje dla innej rasy. Z tym, że wystarczy pierwsza część do gry wszystkimi rasami w trybie multiplayer. W tym roku pojawi się SC2: Wings of Libery (kampania Terran), a potem kolejno wydawnictwa z kampaniami Protossów i Zergów. Jak zapowiadają autorzy każda gra ma dodawać nowe jednostki i umiejętności dla trybu dla wielu graczy, a dodatkowo w kampanii dla jednego gracza będzie można też korzystać z wielu innych jednostek, które nie będą dostępne podczas potyczek z żywymi przeciwnikami. Kampania oczywiście nie jest dostępna w wersji beta. Można tylko mierzyć się z innymi entuzjastami Starcrafta przez battle.net.
Opis warto zacząć od samego battle.netu, który zmienił się nie do poznania. Gracz dostaje do dyspozycji nowy fajny interfejs, który wspomaga integrację i komunikację między fanami nie tylko Starcrafta, ale także innych gier Blizzarda. W pełnej wersji będzie można podpiąć swoje konto pod FaceBooka i rozszerzać swoje przyjaźnie poza świat wirtualny. Jako, ze gram sam (So lonely;( nie dane mi było się zapoznać z większością tych udogodnień, ale z tego co widziałem w filmach i prezentacjach zapowiada się obiecująco. Do tego dodano osiągnięcia znane z konsol, avatary i inne bajery, które gracz może sobie wywalczyć spełniając odpowiednie wymagania. Minusem jest fakt, że nie zaplanowano opcji walki przy użyciu sieci lokalnej. Gra cały czas ma się łączyć z battle.netem. Z jednej strony fajnie bo zrobi się z tego ciekawy portal społecznościowy dla fanów Blizzarda. Z drugiej LAN Party u kumpla z wolna chatą to niestety przeszłość, chociaż gracze na pewno znajdą możliwość ominięcia tej przeszkody to pewien niesmak pozostaje.

Przejdźmy do samej gry. Oś fabularną stanowi konflikt miedzy trzema rasami: ludźmi (Terranie), Protossami i rojem Zergów. Fabuła pierwszej części była bardzo wciągająca i "dwójka" ma ją kontynuować. Wracają starzy znajomi: Kerrigan, Jim Raynor, Zeratul. Już znamy kilka nowych postaci (Tychus Finlay). Lecz to nie świetna opowieść zapewniła grze tak ogromny sukces. Pierwszy Starcraft był (i jest) świetną grą dla wielu graczy. Każda rasa ma swój odmienny klimat i wymaga innego stylu gry, strategii i pomimo tego są dla siebie równorzędnymi przeciwnikami. Oczywiście nie tak było od razu. Jak każdy produkt SC był stopniowo patchowany, co doprowadziło do prawie idealnego balansu i usunęło większość taktyk, które nie zależałyby od umiejętności i wiedzy gracza, a od błędów czy za małej/zbyt wielkiej sile danych jednostek. Przez 12 lat od powstania gry scena rozrosła się ogromnie. Zresztą ciężko mówić o scenie jeśli w Korei Płd. działa regularna (i najlepsza na świecie) liga Starcrafta, na całym świecie rozgrywane są mniej lub bardziej profesjonalne turnieje, a najlepsi gracze zarabiają na nich setki tysięcy dolarów rocznie. Profesjonalny Starcraft był zresztą tym co przyciągnęło mnie do tej gry z powrotem. Przy okazji szukania informacji o kontynuacji znalazłem kilka filmików przedstawiających profesjonalne mecze z komentarzem (jak w "prawdziwym" sporcie). Gracze wyprawiali w nich rzeczy i stosowali taktyki, których w życiu bym się spodziewał (ani nie wymyślił), więc i mnie naszła ochota na zdmuchnięcie kurzu z płytek z grą.

Druga część zachowała podstawowe cechy pierwszej odsłony. Jest to dalej gra szybka, agresywna, wymagająca trzeźwego myślenia i błyskawicznego podejmowania decyzji. Mamy te same trzy rasy i filozofia w kierowaniu nimi pozostaje niezmieniona. Zergowie to dalej rasa bardzo szybka. Jednostki i budynki są mało wytrzymałe, ale nadrabiają liczebnością i zdolnością regeneracji. Oddziały mogą się również chować pod ziemią, a teraz niektóre nawet poruszać zakopane. Protossi są wolniejsi, ale za to mają potężne tarcze energetyczne, które sprawiają, że jednostki są bardziej wytrzymałe. Jednostki są potężniejsze, ale za to więcej kosztują i strata każdej boli dużo bardziej. Dodatkowo tarcze regenerują się bardzo szybko. Terranie są gdzieś pośrodku jeśli chodzi o liczebność, ale za to mają świetną obronę, jako mogą naprawiać jednostki mechaniczne i budynki. Maja też najwięcej jednostek "uniwersalnych", które sprawdzają się w wielu sytuacjach i są bardzo mobilni, dzięki zdolności unoszenia swoich budynków w powietrze.

Jeśli chodzi o jednostki to potkamy wielu starych znajomych z "jedynki". Powracają Marines, Zerglingi czy Lotniskowce Protossów, ale niestety wiele świetnych jednostek wróci tylko w misjach dla jednego gracza. W multiplayerze ich miejsca zajęły nowe. Czy lepsze? Tego jeszcze nie wiem, ale pod względem designu czy zastosowania raczej wpisują się nieźle w swoje rasy. Wiele jednostek (starych i nowych) ma nowe umiejętności zarówno aktywnych jak psionic storm czy huner seeker missile czyniące spustoszenie wśród jednostek biologicznych i pasywnych działających bez udziału gracza takich jak granaty niszczące budynki (Reaper) czy jednoczesne rażenie wielu jednostek (Mutalisk, Thor strzelający do jedn. latających). Dzięki nowym jednostkom, zdolnościom i budynkom praktycznie niemożliwa jest w 100% skuteczna obrona. Są jednostki potrafiące pokonywać nierówności terenu (Colossus, Reaper). Ciężej o detekcje niewidzialnych jednostek: Dark Templarów, Banshee, Ghostów czy zakopanych Zergów. Ci zresztą mogą niepostrzeżenie wskoczyć na tył bazy dzięki nowemu lepszemu Nydus Worm. Podobnie Protossi, którzy dzięki nowym technologiom mogą przyzywać jednostki dzięki sprytnie postawionemu Pylonowi lub nowemu statkowi transportowemu. Jednostki często są bezużyteczne w starciu z jednym typem przeciwnika (np. nie mogą strzelać do jednostek latających) ale za to rozwalają inne w puch bez problemu. Stąd jeszcze większa rola zwiadu i sprawdzania co przeciwnik knuje, żeby móc przygotować odpowiednią kontrę. Nowe zdolności oznaczają też kolejne nowe strategie, które już się pojawiają pomimo tego, że gra stosunkowo niewielka liczba ludzi od jakiegoś miesiąca. Strach się bać co będzie gdy zabiorą się za to profesjonaliści. Taktyki wynikające ze złego balansu powoli są eliminowane dzięki kolejnym patchom. Czasem wystarczy wydłużyć czas budowy, zmienić koszt budynku czy jednostki i już sposób na wygranie 99% gier przy niewielkich umiejętnościach jest dużo mniej skuteczny. Pierwsza część na osiągniecie obecnego balansu potrzebowała kilku lat, więc i tutaj będzie trzeba poczekać aż SC2 na stałe zagości w rozgrywkach.
Wspomniana przeze mnie profesjonalizacja jest z jednej strony zaletą, a z drugiej największym przekleństwem tej gry. Może pamiętacie z dzieciństwa takie momenty gdy przychodziliście sobie pokopać piłkę na boisku. Czasem wpadali chłopcy grający w okręgówce i kopali wam tyłki 15:1 tak, że odechciewało się grać. Tak wyglądało moje pierwsze zetknięcie z betą Starcrafta 2. Po dłuższej przerwie od jakichkolwiek gier (nie licząc Spelunky) wpadam na battle.net i skończyło się bilansem 2-17 po pierwszych kilkunastu rozgrywkach. Z których większość rozegrałem Terranami, których dobrze znam z jedynki i których podstawowe taktyki kojarzę. Nawet nie chodzi o to, że przegrałem, ale jeśli ktoś wpada mi do jedynej bazy po 10 minutach ogromną armią z którą nie mam jak walczyć, a którą przeciwnik mógł zbudować bo zapomniałem o zwiadzie czy nękaniu jego zbieraczy minerałów i gazu co osłabia jego gospodarkę i zdolności produkcyjne. Na filmikach profesjonalistów i w ogóle lepszych graczy to wszystko wygląda trywialnie proste, ale w praktyce jednoczesne zarządzanie kilkoma bazami, walka i nękanie tyłów przeciwnika, zwiad, ciągły rozwój i produkcja jednostek oraz dostosowywanie się do posunięć wroga nie jest takie proste. Początkujący gracz może się poczuć przytłoczony ilością rzeczy o których musi pamiętać i które musi robić jednocześnie.Co w połączeniu z brakiem równowagi pomiędzy rasami może doprowadzić do furii i frustracji, a taka gra już nie jest rozrywką. Zawsze można oczywiście grać z przyjaciółmi, spróbować Free-for-all gdzie często można pobawić się dłużej, spróbować swoich sił przeciwko sztucznej inteligencji (niestety tylko na poziomie very easy) i tam wypróbować jednostki itp. Blizzard próbuje również sprawić, że SC2 będzie zabawą zarówno dla graczy profesjonalnych jak i zwykłych ludzi dzieląc battle.net na ligi, które w zależności od koloru skupiają graczy o zbliżonym poziomie umiejętności, ale na razie to tylko beta. Nie wszystko jest dopracowane, więc dalej można trafić na killerów w swoich pierwszych rozgrywkach.

W patchu 9 poza tradycyjnymi zmianami cech jednostek i budynków udostępniono edytor map, który ma praktycznie nieskończone możliwości. Zmiana cech, wyglądu jednostek, łączenie ich. Poniższy filmik z zeszłorocznego Blizzcon pokazuje co można za jego pomocą stworzyć:

Jeszcze nie można publikować nowych map na battle.necie, a edytor dostępny jest od zaledwie kilku dni, ale moderzy już działają. Widziałem coś w stylu DoTA z Warcrafta 3, Mario Karts, a możliwości wydają mi się praktycznie nieograniczone. Strzelanka w stylu Alien Breed? RPG? TPP? To wszystko spokojnie można wygenerować, nie wspominając o masie tradycyjnych misji, map dla wielu graczy czy kampanii. Na razie wszystko raczkuje i koncentruje się bardziej na zabawie, ale jak tylko co bardziej zaawansowani twórcy map i modów do pierwszej części dostaną go w swoje ręce można się spodziewać spektakularnych efektów.

Pomimo wspomnianych wcześniej wad w rodzaju braku balansu wydaje mi się, że szykuje się kolejny hit. Balans jest do uzyskania kolejnymi patchami. Podobnie wszelkie inne usprawnienia. W momencie premiery nie powinno być większych zgrzytów. Może poza faktem, że będzie się wykosztować 3 razy jeśli chce się poznać całą fabułę. Podstawowa wersja ma w USA kosztować $60, a kolekcjonerska (wg mnie dodatki bardzo fajne) - 100$. Miejmy nadzieje, że w Polsce trochę spuszczą z ceny. Ja w każdym razie mogę nie jeść, mogę nawet nie pić piwa (wiecie, lato, plaża, dziewczyny... zresztą już o tym wspominałem), pewnie kupie wszystkie. Tylko najpierw muszę sobie sprawić nowy komputer...

PS.
Jeśli macie ochotę pooglądać mecze z komentarzem polecam 2 kanały na youtube:
http://www.youtube.com/user/HDstarcraft
http://www.youtube.com/user/HuskyStarcraft
Chłopaki naprawdę wiedzą co robią, znają się na grze, są zabawni i bardzo lubię oglądać filmiki komentowane przez obu. W momencie gdy kończę tego posta zajmują się pierwszą rundą zorganizowanego przez siebie turnieju HDH Invitational gdzie można obserwować 16 bardzo dobrych graczy z Europy, USA i Australii.

8 kwietnia 2010

Eisner Awards 2010

Ogłoszono nominacje do tegorocznych nagród Eisnera. Pełna lista nominacji na EMPL. Miałem się szerzej rozpisać na temat nominacji tam, ale tematyka strony trochę mnie ogranicza. Tutaj ten problem nie istnieje.

Jak już wspomniałem bardzo cieszą nominacje dla tak wielu mang. Trochę szkoda, że połowa znajduje się w jednej kategorii (Najlepsze amerykańskie wydanie zagranicznego materiału - Azja)gdzie dojdzie do bratobójczej walki pomiędzy wieloma świetnymi komiksami i gdzie naprawdę trudno wskazać zwycięzcę. Oto nominowani:
  • "The Color Trilogy", Kim Dong Haw (First Second),
  • "A Distant Neighborhood" Vols. 1-2, by Jiro Taniguchi (Fanfare/Ponent Mon),
  • "A Drifting Life", Yoshihiro Tatsumi (Drawn & Quarterly),
  • "Oishinbo a la Carte", written by Tetsu Kariya and illustrated by Akira Hanasaki (VIZ Media),
  • "Pluto: Urasawa X Tezuka", Naoki Urasawa and Takashi Nagasaki (VIZ Media),
  • "Naoki Urasawa’s 20th Century Boys", Naoki Urasawa (VIZ Media).
Nie dane mi się było zapoznać z manwhą Kim Donga Hawa, ani "Oishinbo", więc nie mogę o nich wiele powiedzieć. Może poza tym, że "Oishinbo" to bardzo popularna manga o jedzeniu. Magdalena Tomaszewska-Bolałek pisze o niej trochę szerzej w Kulturze Liberalnej. "A Distant Neighbourhood" właśnie ukazało się u nas dzięki wydawnictwu Hanami w jednym tomie pt. "Odległa Dzielnica". Moim skromnym zdaniem jest to najlepsza manga wydana przez Hanami i jedna z lepszych wydanych w Polsce w ogóle. Na razie będziecie mi musieli uwierzyć na słowo. Szerzej o niej napiszę w recenzji, która powinna się tu pojawić w przeciągu kilku dni. O "A Drifting Life" pisałem na Evil Mandze jakiś trylion razy. To wielka (dosłownie! - ma ponad 800 stron) autobiografia autora, który był jednym z pionierów mangi dla dorosłych. Nie jest to pozycja dla wszystkich, ale każdy którego zainteresowania wykraczają poza samo czytanie mangi , a zmierzają w kierunku komiksu jako medium czy dziedziny sztuki powinien się nią zainteresować. Mnie wciągnęła niesamowicie. Naoki Urasawa, którego dwie pozycje są nominowane w tej kategorii (a w całym plebiscycie ma aż 5 nominacji) jest wg mnie najlepszym tworzącym obecnie mangaką. W "Pluto" opowiada na nowo historię pt "Najlepszy robot na ziemi", której autorem jest Osamu Tezuka i która jest krótkim epizodem w "Astro Boyu". Urasawa potrafił z tej dość prostej opowiastki o bardzo złym robocie zabijającym inne roboty zrobić wielowątkowy komiks zarówno trzymający w napięciu jak i chwytający za serce. "20th Century Boys" opowiada o grupce przyjaciół. Śledzi ich losy od dzieciństwa, aż po starość, a tłem opowieści jest rozpowszechnianie się tajemniczego kultu "Przyjaciela", który zdaje się dość poważnie czerpać z dziecięcych zabaw bohaterów. Najbliższe skojarzenie z polskiego rynku to "Death Note" "na sterydach", ale bardziej realistyczny i pozbawiony akcji w stylu "wiedziałem, że wiesz, że tak zrobię wiec tak zrobiłem, ale jednocześnie zrobiłem jeszcze inaczej, czego na pewno nie przewidziałeś, a nawet jeśli to przewidziałeś i próbowałeś zapobiec to zrobię tak i wtedy wygram". Urasawa zresztą specjalizuje się w wielowątkowych opowieściach otoczonych aurą tajemnicy (poza nominowanymi warto się zapoznać z wcześniejszym "Monsterem"). Chociaż wszystkie pozycje z tej kategorii zasługują na uwagę to jednak "Pluto" albo "20th Century Boys" mają wg mnie odrobinę większe szanse na zwycięstwo.

Większość pozostałych nominacji mangowych została zgarnięta przez "A Drifting Life", "Odległą dzielnicę" i Urasawę. "20th Century Boys" w kategorii "Najlepsza trwająca seria" ma bardzo silnych przeciwników: "Żywe Trupy" ( wydanie PL - Taurus Media), bardzo chwalone "Irredemable" z Boom Studios czy świetne "Baśnie" (Egmont). "Pluto" w Best Limited Series/Story Arc pewnie przegra z "The Blackest Night", które wg mnie jest dużo lepsze niż tegoroczne eventy Marvela i samo w sobie jest świetną lekturą. Chociaż może to wynikać z tego, że czytam głównie Marvela, więc mogę cierpieć na przesyt przygodami Spider-mana czy X-men. Chociaż kto wie co jury siedzi w głowie. Wszystko okaże się na Comiconie w San Diego w lipcu gdzie ogłoszeni zostaną zwycięzcy.

Z niemangowych publikacji będę na pewno trzymał kciuki za "Beasts of Burden" Evana Dorkina i Jill Thompson. Czytałem tylko jeden zeszyt, ale sam koncept zwierząt domowych rozprawiających się ze złymi mocami rozłożył mnie na łopatki. Czekam na wydanie zbiorcze. W kategorii 'teen' jestem rozdarty bo z jednej strony jest "Beasts of burden", a z drugiej wzruszające "I kill giants" Joe Kelly'ego i Kena Nimury o nastolatce zmagającej się z "olbrzymami", zarówno prawdziwymi jak i wyimaginowanymi. W kategorii komedia na pewno "Scott Pilgrim", który już niedługo ukaże się w Polsce dzięki Kulturze Gniewu i który doczekał się filmowej adaptacji (trailer). Każdy miłośnik realistycznego rysunku i klasycznego komiksu przygodowego (gdzie mężczyźni są męscy, kobiety piękne, a wrogowie mają monokle i wąsik) powinien się również zainteresować zbiorczym wydaniem "Rocketeer" Dave'a Stevensa. Zazwyczaj jestem przeciwny kolorowaniem czegoś co świetnie wygląda w czerni i bieli, ale w tym przypadku kolory Laury Martin są mistrzowskie (stąd zapewnie nominacja dla najlepszej kolorystki... duh). Mistrzowskie jest również wydanie w twardej oprawie ze slipcasem i ogromem dodatków. Egmoncie patrz i ucz się. Ostatnim nominowanym wydawnictwem na które chciałbym zwrócić waszą uwagę jest książka "Art of Osamu Tezuka". Tezuka może nie był jakoś nadzwyczajnie utalentowanym rysownikiem, więc graficznych fajerwerków nie ma w tej książce zbyt wiele, ale jest ona świetnym przeglądem przez twórczość mistrza od wczesnych prac kierowanych głównie do dzieci, poprzez animacje aż po jego dojrzalsze pozycje. Poza sporą dozą ilustracji w albumie znajduje się również dużo informacji na temat życia i twórczości. Kolejnym świetnym dodatkiem jest DVD z dokumentem o Tezuce. Dla kogoś zainteresowanego historią i rozwojem komiksu w Japonii kolejny "must-have". Przez nominacje przewija się też kilka pozycji bardzo chwalonych na krajowych i zagranicznych blogach: "Asterios Polyp", "Monsters", "Stiches", "Book of Genesis", "Opowieści Hrabstwa Essex" (wydanie PL - Timof). Zresztą w większości wypadków nominacje nie są przypadkowe. Myślę, że pozostaje tylko je przejrzeć, rozeznać się co was najbardziej interesuję, a potem złapać za kartę kredytową i kupić wszystko. Że potem braknie na jedzenie... Jedzenie jest przereklamowane. Poza tym lato zbliża się coraz bardziej. Trzeba złapać formę, żeby móc pokazać się w bikini na plaży.

W tekście sporo linków do przykładowych plansz itp. żeby każdy mógł sobie obejrzeć i zobaczyć więcej niż mogą dostarczyć moje lakoniczne opisy. Gdyby ten blog był bogatszy w recenzje to moglibyście sobie poczytać o tych komiksach tutaj. Zanim liczba recenzji wzrośnie pozostaje mi linkować innych.

5 kwietnia 2010

Nadchodzi najlepszy film wszech czasów!

Może jeszcze o tym nie słyszeliście, ale nadciąga produkcja którą przewidzieli starożytni Majowie i która wg ich przepowiedni oznacza koniec świata. Ze względu na niedokładność przyrządów pomiarowych w starożytności ich mędrcy pomylili się o jakieś dwa lata. Koniec świata nie nastąpi w grudniu 2012 tylko w sierpniu 2010. Wtedy do kin wchodzi "The Expendables" - nowy film Sylwestra Stallone. Poza Sly'em wystąpią w nim Jet Li, Jason Statham, Dolph Lundgren, Mickey Rourke, Bruce Willis i gościnnie Arnold Schwarzenegger. Na skutek spotkania takiej dozy zajebistości wszechświat najprawdopodobniej imploduje. Najprawdopodobniej. Dzięki Bogu w filmie zabrakło Stevena Seagala, Jean Claude'a van Damme'a, Kurta Russela i Lorenzo Lamasa. Wtedy na 100% mielibyśmy przesrane. Poniżej trailer. Ostrzegam! Po '300' kobiety wychodziły z kina z brodami. W przypadku "The Expendables" stężenie testosteronu może być jeszcze większe. Już trailer może powodować takie objawy.



Wierzcie lub nie, ale sądzę, że ten film zmieni oblicze światowej kinematografii. Nawet jeśli nie, wystarczy zebrać kilku mężczyzn w wieku 20-30 lat wychowanych na przygodach w/w aktorów, dać im odrobinę alkoholu i bilety do kina. Efekt gwarantowany. Testy na ludziach przeprowadzono przy okazji premiery czwartej odsłony przygód Johna Rambo. Rezultaty były bardzo obiecujące. Ja w każdym razie trzymam moją koszulkę z Rambo w pogotowiu.

Jeszcze jedno. Nakładem Dynamite Entertainment pojawi się czteroczęściowa mini seria komiksowa "The Expendables". Pierwszy numer już jest dostępny. Autorem scenariusza jest Chuck Dixon, a za rysunki odpowiada Esteve Polls. Strona wydawcy.

14 marca 2010

Zeszytówko wróc, ale różowe okulary zostaw w szafie.

Niedawno w sieci pojawiła się szeroko zakrojona akcja (facebook, twitter, blog, artykuły w serwisach komiksowych) fanów komiksów wydawanych w zeszytach. Koledzy (koleżanki?) z rozrzewnieniem wspominają stare dobre czasy gdy jako dziecko mogli kupić komiks w każdym kiosku. Czy nie było wspaniale gdy TM-Semic 20 lat temu (a trochę później Dobry Komiks) co miesiąc wydawał przygody naszych ulubionych bohaterów? Też je miło wspominam. Z widzenia znał mnie każdy kioskarz na osiedlu. Też chciałbym móc wzorem mieszkańców cywilizowanego świata wracając z zakupów kupić sobie w kiosku komiks z przygodami Batmana, Spider-mana i innych. Niestety, powrót do tamtego modelu wydawniczego jest bardzo trudny o ile nie nieosiągalny. Sama akcja jest fajnym pomysłem, ale nie ma wielkich szans powodzenia. Częściowo ze względu na zupełne oderwanie od rzeczywistości niektórych jej pomysłodawców. Nic dobrego też nie wyniknie z wytykania palcami tych wg miłośników zeszytów są odpowiedzialni za taką postać rzeczy. Organizatorzy takimi zagrywkami wystawiają się jedynie na pośmiewisko. Bo wbrew temu co się niektórym wydaje nie ma żadnego tajnego spisku wydawców, grupy Kawangardowej, Masonów, Cyklistów ani żadnej innej grupy interesów. 

Żadnego wydawcy komiksowego w Polsce najzwyczajniej nie stać na tak ogromną inwestycję jaką jest wydawanie serii w zeszytach. Wydanie albumu będącego zamkniętą całością lub częścią krótkiej serii jest bardziej opłacalne, mniej ryzykowne i szybciej się zwróci. Koszty wejścia na rynek z taką inwestycją są dużo niższe. Może to zrobić jedna osoba z odrobiną oszczędności i tak to często wyglądało w przeszłości. Jakby coś nie wypaliło to wydawca zostaje co najwyżej z dużą ilością podpałki i nadzieją, że za jakieś 5 lat cały, zazwyczaj niewielki) nakład zejdzie i inwestycja się zwróci. Nikt nie będzie miał do niego żalu i nie będzie wieszał na wydawcy psów w internecie za niedokończone serie. Tymczasem, żeby wydawać serię w zeszytach wypadałoby mieć na koncie kilkaset tysięcy złotych. 

"No co ty Dembol, kilkaset tysięcy złotych na wydanie takiej śmiesznej małej broszurki?! Do reszty Ci odbiło? Ty de(m)bilu, lol!"

Zastanówmy się nad specyfiką wydania w zeszycie. Taki komiks musi być łatwo dostępny. Najlepiej w prawie każdym kiosku. To wymusza duży nakład. Wydaje mi się, że przynajmniej 10 tysięcy. Druk kosztuje. Poza tym komiks musi wychodzić w równych odstępach czasu, bez opóźnień. Fan komiksu na album poczeka i 5 lat jak będzie trzeba. Przeciętny Nowak czy Kowalska zajmie się czymś innym i nawet jeśli komiks wreszcie wyjdzie to wielu go już nie kupi. Żeby utrzymać terminowość potrzeba pieniędzy nie na jeden zeszyt tylko na całą ich serię. 10-12 numerów... może mniej. Wszystko po to by na początku uniezależnić się od dynamiki sprzedaży pierwszych numerów, które miałyby finansować następne. Może się zdarzyć przecież, że dystrybutorzy nie przeleją należnej kasy przez kilka miesięcy lub lud nie rzuci się na komiksy nawet gdy będą tanie i dostępne. Właśnie! Wypadałoby komuś sprzedać te komiksy. Najlepiej wszystkim. Tylko, że z tym może być problem. Nie oszukujmy się, nie ma czegoś takiego jak "pokolenie TM-Semic". Nawet jeśli ktoś kupował 15 lat temu komiksy nie oznacza, że kupi je dzisiaj. W mojej klasie w podstawówce nie było chłopaka, który nie miałby chociaż kilku numerów. Dzisiaj komiksy czyta może trzech. Tylko dla jednego jest to czołowe z zainteresowań. Tylko jeden za nie płaci. Młode pokolenie ma jeszcze mniej poszanowania dla praw autorskich i nie jest przyzwyczajone do płacenia za dobra kultury. Po co płacić za komiks skoro można go (lub film, płytę, grę) ściągnąć, a za piątaka kupić browar. Do tego dochodzi przekonanie, że komiks jest dla dzieci. Dorosły nie kupi bo jest dorosły, a ostatnie czego pragnie przeciętny nastolatek to być uważany za dziecinnego. W Polsce nie ma tradycji w czytelnictwa komiksu. Jest kilka evergreenów, a cała reszta to głównie zabawa dla wąskiej garstki fanów. Dzięki filmom, które od kilku lat wypluwa Hollywood, superbohaterowie teoretycznie mają większą szansę zaistnienia niż nawet najlepszy i najbardziej popularny komiks z innego gatunku. Tak na marginesie dziwi mnie zupełne zignorowanie tego faktu przez wydawców. Jakiś przyzwoity pojedynczy TPB np. o Iron Manie za niezbyt wygórowaną kasę (w nakładzie/cenie zbliżonej do tego co oferowało Manzoku) przy okazji premiery filmu powinien spokojnie zejść i zarobić kilka złotych. Oczywiście mogę się mylić, nie mam wszystkich danych. Kolejnym problemem z wydawaniem zeszytów to sama ich zawartość. Króluje dekompresja fabuły. Mało jest zeszytów, będących odrębnymi opowieściami. Zamiast wydawać kasę przez pół roku na sześć zeszytów (30-60 zł) z jedną opowieścią potencjalny klient może woleć książkę, film, czasopismo albo TPB. Za 10 zł, które jest maksymalną ceną jaka wydaje mi się sensowna jeśli chodzi o zeszyty, można kupić Machinę, Men's Health, Wprost, Angorę lub inne pismo, które oferuje dużo więcej zawartości niż komiks za tę samą cenę. Uniwersa Marvela i DC są bardzo zagmatwane, pogrążone w crossoverach i ogromnych eventach. Historie opierają się w dużej mierze na dawnych zaszłościach, których przez 60 lat nagromadziło się co niemiara i z którymi Polacy nie mieli styczności. Czytanie tego czego się nie rozumie jest antytezą rozrywki, której komiks ma przecież dostarczać. Żeby dotrzeć do przeciętnego Polaka, który nie jest obeznany z komiksami wypadałoby mu zaserwować coś co może łatwo przyswoić bez doczytywania zbyt długich streszczeń czy innych zeszytów. Znaleźć taką serię będącą jednocześnie rozpoznawalną marką jest coraz ciężej. Żeby dotrzeć do mas, a jest to konieczne jeśli chce się zarobić ze sprzedaży zeszytów trzeba być tez jak najbardziej przejrzystym i nie komplikować nadmiernie sytuacji. Wydawanie kilku serii o zbliżonych nazwach (New X-men i Ultimate X-men, Amazing Spider-man i Ultimate Spider-man) było wg mnie jedna z przyczyn porażki Dobrego Komiksu. Gdy pojawiły się pierwsze zeszyty od DK byłem odrobinę na bakier z komiksem amerykańskim i wprowadzało to lekki zamęt nawet pomimo tego, że co nieco wiedziałem o komiksach. Komiksów amerykańskich nie czytałem w owym okresie bo kupowałem mangę. Ach, manga. Te nie-komiksy z Japonii, czytane od tyłu. Kolejny poważny konkurent w drodze zeszytów do portfeli i serc czytelników. Za ok. 15 zł klient dostaje niecałe 200 stron komiksu. Niepowiązanego z dwudziestoma innymi seriami, o dużo szerszej rozpiętości tematycznej niż goście w lateksie tłukący się po mordach, które pomimo tego czego chciałyby feministki przemawiają głównie do samców. Tym sposobem przez tematykę komiksów z USA odpada praktycznie połowa rynku. Dołóżmy do tego Empikowych czytaczy, ogólną czepialskość fanów komiksu i pewnie kilka innych drobiazgów, które mi nie przyszły do głowy. Nagle brak zeszytów na rynku przestaje dziwić.

Fani zeszytów, przeczytajcie powyższy akapit 2-3 razy i zastanówcie się chwilę. Załóżmy że macie, powiedzmy, 300 tys. złotych. Nie takich, które spadły z nieba. Takich na które harowaliście jak wół albo które kiedyś komuś trzeba będzie oddać (z procentem). Pieniądze od wykorzystania których zależy to czy będziecie mieli co zjeść lub które moglibyście wydać na mieszkanie, jego remont, wypasione wakacje (przez następne 10 lat) lub cokolwiek co się wam zamarzy. (np. wydać kolejne albumy, które są mniej ryzykowną inwestycją). Czy wolelibyście je zainwestować w wydawanie zeszytowe, które jak pokazuje wcześniejszy akapit ma dość duże szanse na niepowodzenie czy w coś innego co zarobi na siebie szybciej i w miarę bezboleśnie? Wydawcy sobie już dawno odpowiedzieli i to nie ich wina, że prawie nie wydają zeszytów. Taki mamy rynek. Kto się nie przystosuje do warunków z niego zniknie. Zresztą nawet w USA pojawiają się głosy, że ten format to przeżytek i powinno się zmierzać bardziej w stronę magazynów czy antologii. Zbliżonych do niedawnego eksperymentu DC pt. Wednesday Comics, magazynów 2000AD albo Heavy Metal, komiksów Marvela wydawanych przez Panini w Wielkiej Brytanii i kilku innych krajach o mniejszych rynkach czy magazynów komiksowych z Japonii. W Polsce w podobnej formie Egmont w marcu startuje z Fantasy Magazynem. Jak pisałem na początku, chciałbym móc kupić komiks w każdym kiosku, ale staram się być realistą. Jeśli doczekamy się u nas regularnych publikacji rodem z Marvela i DC to wydaje mi się, że prędzej w takiej formie niż w zeszytach.